Jestem właśnie w trakcie pochłaniania drugiego sezonu Miasteczka Wayward Pines. O jego istnieniu uświadomił mnie znajomy, bo marketingowcy dali ciała – przez ponad rok nie natknęłam się na ani jednego newsa, że jeden z moich ulubionych seriali dostał kontynuację! Być może jesteście w podobnej sytuacji i o ekranizacji książki Blake’a Croucha nigdy nie słyszeliście.

Jeśli dodatkowo jesteście fanami Alana Wake’a, Twin Peaks oraz Stranger Things macie za sobą, a wciąż jesteście spragnieni większej dawki mistycyzmu i mroku, zachęcam do sięgnięcia po oba sezony Wayward Pines. Trzeci ponoć w przygotowaniu.

Seriale to moja druga miłość. Jako prawdziwy weteran znalazłam również bliźniaczą produkcję Life is Strange!


Alanie, gdzie jesteś?

Gdyby Alan Wake dostał drugą szansę, zamieszkałby w Miasteczku Wayward Pines

Tu się schował!

Kontynuacji jednej z najbardziej zapadających w pamięć gier prawdopodobnie się jednak nie doczekamy – domniemane plotki o sequelu przerodziły się zaledwie w mini-serial, który można było zobaczyć w Quantum Break, najnowszej produkcji twórców Alana. I tyle go widzieli. Szkoda, bo potencjał był wielki, a produkcja nie do końca go wykorzystała. Co ciekawe, w przypadku Wayward Pines dzieje się podobnie.

Serial Chada Hodge’a w swojej pierwszej połowie jest jak żywcem wyjęty z gry studia Remedy. Klimat kropka w kropkę ten sam, o lokacjach nie wspominając, a nawet główny bohater jakiś taki podobny. Choć Ethan Burke jest „troszkę” agresywniejszy. Nasz agent przybył do tytułowego miasteczka, by odnaleźć zaginionych przyjaciół. Szybko jednak okazuje się, że z miejscem tym jest coś cholernie nie tak. Mieszkańcy zachowują się podejrzanie, nikt nie chce udzielić odpowiedzi na nurtujące pytania, o nieustannym dzwonieniu telefonów nie wspominając. Déjà vu?

Wszystko zaczyna się komplikować w momencie, gdy okazuje się, że z tego miejsca nie ma ucieczki. Ciężko jest mi opowiadać o Wayward Pines, unikając rozwiązań fabularnych (które są naprawdę niesamowite!). Skupię się zatem na uroku miasteczka, atmosferze w nim panującej i motywach, które pojawiają się w obu produkcjach.

Co łączy tych bohaterów, to na pewno rozłąka z ukochaną osobą i próba uratowania jej. Różnica polega na tym, że Alan poza Alice Wake świata nie widzi, Ethan natomiast przeżywa swego rodzaju kryzys małżeński. Aby jednak zażegnać te problemy, obaj muszą skupić się na rzeczach, chcąc nie chcąc, ważniejszych. W obu przypadkach nadnaturalnych.

Gdyby Alan Wake dostał drugą szansę, zamieszkałby w Miasteczku Wayward Pines

Aby ochronić ukochaną żonę, pisarz musiał oddać się sprawom wielkiej wagi


Wayward Pines, czyli lekcja o nieobliczalności

Nasze miasteczko oraz Alan Wake mają jeszcze jedną wspólną i bardzo ważną cechę, o której wspominałam już wcześniej; wzorują się na Twin Peaks, co słychać, widać i czuć w każdej minucie seansu tudzież gry. Niezręczna atmosfera? Na porządku dziennym. Ponadto tak gęsta, że dałoby się siekierę w powietrzu powiesić. Mrok? Bez przerwy. W obu produkcjach większość akcji dzieje się w nocy, a bohaterowie nie ruszają się z domu bez swojej najlepszej przyjaciółki – latarki. To symboliczne światło nie raz uratowało im tyłki.

Miasteczko Wayward Pines jest bardzo specyficzną produkcją – zupełnie jak Alan Wake. Można ją albo pokochać, albo znienawidzić. Warto jednak dać szansę, bo nie jest to coś, obok czego można przejść obojętnie, głównie z uwagi na nietypowe połączenia oraz poprowadzenie fabuły.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.