Mija rok od czasu premiery Assassin’s Creed II, a Ubisoft ustanawia dwunastomiesięczny cykl wydawniczy swojej serii. Nieco ponad pięć lat temu na świat przyszła trzecia część hitu francuskich developerów (uwaga, zaczynają się problemy w numeracji), czyli Assassin’s Creed: Brotherhood. Czy czas tworzenia skrócony o połowę znacząco odbił się na tej produkcji?

I tak, i nie. Jest na to bardzo proste wyjaśnienie. Bractwo po prostu skopiowało wszystkie najlepsze elementy „dwójki” i dołożyło od siebie jeszcze kilka nowości, które się sprawdziły. Do tego dochodzi całkiem spory świat, obfity w różnorakie aktywności. Nie była to tak przełomowa kontynuacja, jak w przypadku jej prequelu, jednak wprowadziła sagę na jeszcze wyższy poziom.

Można powiedzieć, że to taka bardzo duża aktualizacja i gdyby druga odsłona wyglądała tak w dniu swojego debiutu, bez wątpienia osiągnęłaby kilka razy większy sukces. Assassin’s Creed: Brotherhood jest więc zarówno lepszą, jak i gorszą odsłoną „dwójki”.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!


Ubisoft idzie w schematy

Zacznijmy zatem od przedstawienia fabuły oraz streszczenia wątku współczesnego i historycznego. Assassin’s Creed: Brotherhood bezpośrednio wznawia rozgrywkę od momentu zakończenia drugiej odsłony serii, dokładnie jak tamta kontynuowała część pierwszą. Podkreśla to więc fakt, że w Asasyny trzeba grać po kolei, gdyż są ze sobą ściśle powiązane fabularnie. A przynajmniej w „trylogię” Desmonda (zawiera pięć części, ale tak się jakoś ładnie przyjęło). Od chwili premiery Black Flag developerzy porzucili ten system i mamy do czynienia z ciągłymi skokami czasowymi. Nieładnie tak ukrywać niezgodności w scenariuszu.

W Assassin's Creed: Brotherhood znów bezpośrednio kontynuujemy rozgrywkę z poprzednich części

W Assassin’s Creed: Brotherhood znów bezpośrednio kontynuujemy rozgrywkę z poprzednich części

Cała ekipa zostaje wykryta przez Abstergo, toteż przenosi się do nowej kryjówki. W międzyczasie badają wspomnienia Ezia, jednak uszkodzony plik danych nie pozwala Desmondowi na synchronizację ze swoim przodkiem. Aby móc kontynuować, cofają się do końcowej lokacji Assassin’s Creed II, czyli krypty pod Watykanem. Tam Ezio przysłuchuje się hologramowi Minerwy, która kieruje do Desmonda ostrzeżenie o katastrofalnych zmianach w Układzie Słonecznym.

Gdy postać znika, rozczarowany Ezio wychodzi z pomieszczenia wraz z Fragmentem Edenu. Rodrigo Borgia ucieka, ale w ramach pocieszenia na jego miejscu pojawia się wuj Mario. Razem udają się do willi Auditore, gdzie Ezio spędza noc ze swoją ukochaną, Cristiną Vespucci. Nad rankiem fabuła intensywnie rusza do przodu, bowiem Monteriggioni zostaje zaatakowane przez armię Borgiów. Tego Ubisoftowi nie można odmówić – zawsze zaczynał swoje gry z mocnym przytupem.

Człowiek się nawet spokojnie wyspać nie może, bo z samego rana wszyscy chcą go zabić

Człowiek się nawet spokojnie wyspać nie może, bo z samego rana wszyscy chcą go zabić

Po nieudanej próbie odparcia wroga, możemy jedynie patrzeć, jak Cesare Borgia morduje wuja na oczach Ezia. Ten po otrząśnięciu się ze śmierci bliskiej osoby udaje się wraz z rodziną do tajemnego przejścia w podziemiach willi, po czym rusza do Rzymu, by odnaleźć skradziony Fragment Edenu i zemścić się na Borgiach. W tym momencie fabuła produkcji zatacza koło, a graczowi towarzyszy nieustanne uczucie déjà vu. Odwet za zabójstwo krewnych? Gdzie ja to już widziałam?

Assassin’s Creed: Brotherhood dużo czerpie z fabuły swojej poprzedniczki

W ten oto sposób już nie taki młody Auditore wyrusza w podróż pełną przygód i niespodziewanych zwrotów akcji. Prościej mówiąc – teraz przez całą resztę gry naszym celem jest zbudowanie tytułowego Bractwa, uzyskanie jak największego wsparcia, pokonanie złego rodu oraz odzyskanie Jabłka. Ot, nic szczególnego. Postaci historycznych również zbyt wielu nie uświadczyliśmy. Poza faktem, że po raz pierwszy dodano tryb multiplayer, sporo znajdziek, misji pobocznych, ukrytych lokacji i zadań specjalnych, w Assassin’s Creed: Brotherhood nie widać właściwie większych postępów. Brakuje tu przełomu, z jakim mieliśmy do czynienia między częścią pierwszą a drugą.

Wróćmy do wątku współczesnego, którego mechanika została w tej części odrobinę odświeżona. Pojawia się bardzo ciekawe zestawienie przeszłości z teraźniejszością, bowiem ekipa Desmonda ukrywa się w miasteczku Monteriggioni, nieopodal ruin willi Auditore! Ponadto w Bractwie zabrakło fabularnych przerywników – tym razem w każdym momencie można wyjść z Animusa i pozwiedzać „rzeczywisty” świat. To wszystko nadaje produkcji niesamowitego klimatu. Podobnego do drugiej odsłony, ale nadal niesamowitego klimatu. Trzecia pozycja z cyklu o Asasynach jest bowiem zwykłym pójściem w schematy, choć odrobinę ulepszone, niczym machiny kochanego Leonarda da Vinci. Widać, że po sukcesie Assassin’s Creed II Ubisoft bał się ryzyka. Brotherhood to bardzo sprytne posunięcie.

Szkoda, że wątku współczesnego jest tak mało, bo miał duży potencjał!

Szkoda, że wątku współczesnego jest tak mało, bo miał duży potencjał!


Dlaczego Assassin’s Creed: Brotherhood jest lepszą „dwójką”?

W tę część grało mi się o wiele przyjemniej niż w poprzednie, a wszystko za sprawą kilku banalnych powodów. Zalicza się do nich między innymi usprawniona mechanika rozgrywki, płynniejsze ruchy postaci, nowe animacje, wiele niespotykanych dotąd w Asasynach broni. Przede wszystkim jednak jest to świetna kontynuacja historii Ezia oraz Desmonda, mimo że nie udało jej się uniknąć powtarzalności w wątkach. Assassin’s Creed: Brotherhood to typowo przejściowa część – mamy tu obiecujący początek, średnie rozwinięcie i niezwykle zaskakujące zakończenie. Dokładnie jak w Unity i Syndicate. Coś w stylu: „nie wiemy, w którą stronę popchnąć fabułę, więc zrobimy historię o niczym, a później dowalimy mocnym finałem”.

Oczywiście przesadzam, bo Bractwo to wciąż bardzo dobra produkcja i podtrzymuję, że bawiłam się przy niej lepiej niż przy poprzedniej odsłonie. Ale to właśnie końcowe godziny gry są jej najmocniejszą stroną – nawet Assassin’s Creed II nie wprowadziło w wątku współczesnym zmian na tak wielką skalę. Przypomnijmy sobie zatem co nieco o najlepszej końcówce ze wszystkich trzech części, które w tamtym czasie ujrzały światło dzienne.

Ezio dowiaduje się od Lukrecji o położeniu Rajskiego Jabłka, po czym natychmiast rusza, by je zdobyć. Będąc już w jego posiadaniu, morduje wojska Borgiów i wreszcie zabija samego Cesare. W zakończeniu ostatniej sekwencji asasyn ukrywa Fragment Edenu w Koloseum. Tym sposobem ekipa Desmonda zostaje uzbrojona w potrzebną wiedzę i udaje się do pomieszczenia, w którym według Animusa Ezio schował Jabłko. Uwaga, uwaga, tu zaczyna się mój ulubiony wątek – Assassin’s Creed: Brotherhood wreszcie postanowiło rozszerzyć historię Tych, Którzy Byli Przed Nami!

Desmondowi objawia się Junona, przedstawicielka Pierwszej Cywilizacji. Wyznaje mu, że próbowała skontaktować się z ludźmi, lecz to on jest wybrańcem, mającym za zadanie poprowadzić ludzkość oraz ocalić świat. Czyżby? Tak naprawdę chodzi o wybawienie jej rasy, która z pewnych przyczyn była zmuszona do zapieczętowania swoich dokonań. Są to właśnie Fragmenty Edenu, mogące zniszczyć życie na Ziemi, jeśli wpadłyby w nieodpowiednie ręce. Junona wyjaśnia, że ludzie są prymitywni i podrzędni, nie posiadają wiedzy o niczym, potrafią posługiwać się jedynie pięcioma zmysłami. Rozkazuje bohaterowi dotknąć Jabłka, skutkiem czego barman traci kontrolę nad sobą. Bóstwo zapewnia o jego niezwykłości, kieruje ciałem Desmonda i nakazuje mu zabić Lucy. Twierdzi, że jest to konieczne, by wyrównać szale. Mężczyzna wbija ostrze w brzuch przyjaciółki, po czym traci przytomność.

Zakończenie Bractwa wprawiło w osłupienie niejednego gracza

Zakończenie Bractwa wprawiło w osłupienie niejednego gracza

Koniec gry. Niech mnie ktoś trzaśnie. Ubisoft znowu urywa fabułę w kluczowym momencie! Dzięki wielkie. Ciąg dalszy opowieści o Pierwszej Cywilizacji nastąpi w przyszłym tygodniu, w tekście o Revelations – tam wreszcie będę mogła skupić się na niej w stu procentach.

Krótko podsumowując – Assassin’s Creed: Brotherhood przez cały czas sprawia wrażenie, że gracz ma do czynienia z lepszą „dwójką”. Jakby to nie była odrębna część, tylko DLC o dużej zawartości. Klimat ten sam, bohaterowie ci sami, wątki podobne, wszystko obyło się bez większych zmian. Jakbyśmy wciąż grali w drugą odsłonę. Ale przecież to jest Brotherhood, a nie Assassin’s Creed II. Dlatego właśnie składa się to na konkretny defekt tejże produkcji.


Zerowy przełom, ale wciąż udana kontynuacja

Jeśli porównamy oryginalnego Asasyna z częścią drugą, możemy dostrzec kolosalną przepaść. Jeśli natomiast zestawimy „dwójkę” z Bractwem, widzimy minimalne różnice. To właśnie te z pozoru nic nie znaczące elementy sprawiają, że Assassin’s Creed: Brotherhood jest z jednej strony lepsze od poprzedniej odsłony, a z drugiej gorsze.

Zależy jak na to spojrzeć – na plus wychodzi całkiem interesująca fabuła, zaskakujące zakończenie oraz usprawniona mechanika rozgrywki. Jednakże pod względem klimatu czy emocji towarzyszących zabawie praktycznie nic nie uległo zmianie. Po niezwykle przełomowej „dwójce” gracze spodziewali się wtedy skoku na ogromną skalę. Niestety niemile się rozczarowali.

Ja natomiast byłam Bractwem totalnie oczarowana, mimo ciągłego poczucia, że po tylu miesiącach czekania znowu gram w to samo. Spodobało mi się tak bardzo, że pokusiłam się nawet o kupno książki Olivera Bowdena o tym samym tytule! Zawiodłam się dopiero w tamtym momencie, bo okazało się, że powieść to tak naprawdę przelanie fabuły produkcji na papier. Od tamtego czasu trzymam się z dala od lektur ze świata Asasynów. Ale do elektronicznego Brotherhooda zawsze chętnie wrócę – być może nawet chętniej niż do jego poprzedniczki.

Na koniec zostawiam jeden z moich ulubionych utworów całej sagi, będący dla mnie kwintesencją tego uniwersum.

Tajemnica i groza świata Assassin’s Creed wprost wylewa się… ze słuchawek

A jeśli macie ochotę, to polecam także przesłuchać The Brotherhood Escapes. Dobrej muzyki nigdy za wiele. Drugiej odsłonie przygód Ezia można zarzucić naprawdę sporo, ale jednego po prostu nie sposób – ścieżka dźwiękowa zasługuje na podium. Aż chce się grać.

W tym miejscu możecie przeczytać o moich wrażeniach z pozostałych odsłon sagi Assassin’s Creed

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.