W zeszłym tygodniu pisałam o początkach serii Ubisoftu i o kluczu do sukcesu, jaki developerzy zyskali sobie tą marką. Tym razem będziemy wspominać sequel produkcji, czyli Assassin’s Creed II. Choć wydaje się logiczne, że musi być to druga część, bo tytuł posiada dwójkę w nazwie, wcale nie jest takie proste.

Bo tytułowa „trójka” była częścią piątą, a Assassin’s Creed IV: Black Flag szóstą, jeśli nie liczyć takiego Liberation (swoją drogą, najgorsza odsłona serii, nie rozumiem jej sensu istnienia). Pozostałe Asasyny nie mają nawet jakichkolwiek oznaczeń w podtytułach, co jest dosyć dziwne, bo przecież są ze sobą ściśle powiązane fabularnie.

Ale wróć. Jesteśmy przy Assassin’s Creed II, rzeczywistej kontynuacji „jedynki”. Bez żadnych udziwnień w kolejności. Rok 2009, dwa lata od debiutu oryginału. Świat graczy oszalał. Okazało się bowiem, że Ubisoft potrafi stworzyć kandydata na najlepszą grę minionych dwunastu miesięcy. To były piękne czasy i okres świetności dla tej marki.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!


Fabuła wreszcie rusza do przodu

Assassin’s Creed II bezpośrednio wznawia historię Desmonda i zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym skończyła „jedynka”. W ciągu pierwszych kilku minut mamy do czynienia z większym postępem fabularnym niż w przypadku całej części pierwszej. Zaczyna się z mocnym przytupem – Lucy ucieka z Abstergo wraz z naszym Bogu ducha winnym barmanem i zaprowadza go do kryjówki współczesnych asasynów, gdzie czekają Rebecca i Shaun. Biedny Desmond, przy ekipie z takim temperamentem już nigdy nie zazna spokoju.

W Assassin's Creed II pojawiają się najbardziej wyraziści bohaterowie sagi – tylko dzięki nim wątek współczesny w najnowszych odsłonach jest choć trochę interesujący

Rebecca i Shaun to najbardziej wyraziści bohaterowie sagi – tylko dzięki nim wątek współczesny w najnowszych odsłonach jest choć trochę interesujący

Cała załoga namawia Desmonda do kontynuacji sesji w Animusie. Dzięki temu będzie mógł stać się w pełni wyszkolonym asasynem i znajdzie odpowiedni Fragment Edenu, potrzebny do ocalenia świata. Mężczyzna niechętnie zgadza się, zostaje podłączony do maszyny i wciela się w Ezia Auditorego da Firenze – swojego przodka oraz najbardziej lubianą postać całej serii. Notabene, taki z niego przodek, że nawet posiada twarz Desmonda!

Zaczyna się zatem niebanalnie i niezwykle intrygująco. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dzięki tej odsłonie Assassin’s Creed stało się jedną z najbardziej oryginalnych produkcji wszech czasów. Seria zaczęła wtedy rozwijać swój ogromny potencjał i robiła to mistrzowsko. Nie chodzi już nawet o fakt, że Ubisoft wyjął z poprzedniej części wszystko, co najlepsze, i ulepszył to o tysiąc procent. Tego po prostu nie da się opisać odpowiednimi słowami. Nie chodzi o usprawnioną mechanikę rozgrywki i ciekawy rozwój historii, lecz o głębię tego uniwersum. Świat Assassin’s Creed wciągał na tyle, że człowiek sam z siebie zaczynał rozważać, czy ma to jakiś odnośnik w rzeczywistości. No nie mówcie mi, że choć raz nie zastanawialiście się nad takim scenariuszem naszego życia.


Assassin’s Creed II najlepszą odsłoną serii?

Druga część cyklu o Asasynach przez wielu do dziś uważana jest za najbardziej udaną. Wszystko dzieje się za sprawą ogromnego przeskoku i postępu, jaki udało jej się osiągnąć. Doprawdy, między Assassin’s Creed a „dwójką” są lata świetlne.

Pierwsza część sagi wypada blado w porównaniu do jej następczyni

Wcześniej pisałam o ogólnym zarysie wątku współczesnego. Jak ma się on do historii Ezia? Charyzmatycznego protagonistę poznajemy dokładnie w dniu jego urodzin. Obserwujemy, jak powoli dorasta i z zadziornego nastolatka kierującego się zemstą zamienia się w prawdziwego mentora asasynów. Assassin’s Creed II jest świetnym początkiem trylogii Ezia – być może Ubisoft powinien wziąć pod uwagę fakt, że dzięki tej postaci druga odsłona serii jest ulubioną pozycją większości fanów i przestać zmieniać głównego bohatera w każdej części. Co prawda po cyklu opowiadającym o losach włoskiego szlachcica nastała era Kenwayów, która dobiegła końca wraz z premierą Rogue. Ciekawe, czy Unity i Syndicate też są ze sobą w jakiś sposób połączone…

Historię Ezia śledzimy od kołyski aż po grób

Historię Ezia śledzimy od kołyski aż po grób

Dlaczego więc Assassin’s Creed II wciąż uchodzi za najlepsze, co mogło spotkać całą serię? Ubisoft popisał się w tym przypadku niezwykłą sztuką immersji. O ile „jedynka” była powiewem świeżości w branży gier wideo, o tyle jej sequel to prawdziwy huragan pomysłów. Są trzy powody, dzięki którym na pytanie „którego Asasyna lubisz najbardziej?” gracze zwykle odpowiadają: „dwójkę”.

Po pierwsze – Ezio. Jak już wspominałam, obserwowanie całego życia jednego bohatera jest wspaniałym doświadczeniem. Historia tej postaci znana jest wszystkim, którzy choć trochę interesują się światem wirtualnej rozgrywki. Przełomowy moment w życiu Ezia następuje, gdy traci ojca oraz dwóch braci w wyniku zdrady przyjaciela rodziny. Siedemnastoletni wówczas młody mężczyzna postanawia zemścić się za ich śmierć i dowiaduje się, że za morderstwem stali templariusze. Zostaje wciągnięty w odwieczną walkę między zakonami, aż wreszcie dołącza do bractwa cichych zabójców jako pełnoprawny asasyn. Mamy tu więc wszystko, co potrzebne do dobrego poprowadzenia scenariusza – niedoświadczonego bohatera rzuconego w wir niezrozumiałych wydarzeń, grę na emocjach, stopniowe zapoznawanie się z intrygą.

Co w tym jednak jest najważniejsze? Powód drugi – emocje. Nikt nie spodziewał się takiego Asasyna! Powiedzmy sobie szczerze, nawet jeśli developerzy otrzymali od graczy spory kredyt zaufania, to szanse na dobre wykorzystanie były marne. A jednak się udało – Ubisoft przez całą grę utrzymywał napięcie na poziomie końcówki pierwszej części. Ciary mnie przechodzą za każdym razem, gdy widzę gdzieś scenę tytułową z wielkim napisem „Assassin’s Creed II”. Pierwsze skrzypce grały tu niesamowicie naturalne i zapadające w pamięć postacie – takiego Leonarda da Vinci nie da się nie lubić!

Wszystko to składa się na punkt trzeci, czyli immersję. Co tu dużo wyjaśniać… Dzięki rewelacyjnie napisanym bohaterom lepiej wcielamy się w świat gry. Dzięki towarzyszącym im emocjom i przeżyciom potęgujemy to jeszcze bardziej. Nie wspominając już o klimacie i atmosferze lokacji. Po prostu Włochy jak się patrzy!

Mamo, przestań mi przeszkadzać, jestem w Wenecji

Mamo, przestań mi przeszkadzać, jestem w Wenecji

Assassin’s Creed II nie stoi u mnie na topowym miejscu, ale choć ja nie nazwałabym go najlepszą odsłoną serii, to nie mogę zaprzeczyć innemu stwierdzeniu…


Jeśli nie najlepszą, to najbardziej zapamiętaną

Nie chodzi tu o moje sentymentalne podejście, bo „dwójka” jest pierwszą częścią, w którą zagrałam i byłam nią wtedy totalnie oczarowana. Mimo że wiążę z tą historią wiele wspomnień, wcale nie jest moją ulubioną (do tej jeszcze dojdziemy, a następnie zostanę ukamienowana).

O tym, że Assassin’s Creed II jest najlepiej wspominaną przez graczy częścią, dobrze też świadczy chociażby fakt, że sam Ubisoft w niemalże każdej odsłonie próbuje odtworzyć jej klimat poprzez wykorzystywanie najbardziej znanego utworu całej sagi, czyli Ezio’s Family.

Ciary, ciary, ciary…

Nawet jeśli nie przepadasz za drugą odsłoną tej sagi, wciąż jest ona najbardziej zapamiętana na całym świecie. Koniec kropka. Amen. Nie podważać. Z tym nie można się nie zgodzić. A jeśli się nie zgadzasz – przeczytaj ten tekst jeszcze raz. Znajdziesz w nim wszystkie argumenty za, bo przeciw nie ma.

A jak potoczyły się losy Ezia w Assassin’s Creed: Brotherhood? Więcej o kontynuacji i innych odsłonach sagi dowiecie się w tym miejscu

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.