Fani cyklu Ubisoftu nie musieli zbyt długo czekać na piątą odsłonę sagi o Asasynach, bowiem Revelations i Assassin’s Creed III dzieli zaledwie jedenaście miesięcy. To bardzo mało czasu, a wielu graczy zawiodło się na „trójce”. Czy słusznie?

Bynajmniej. Owszem, developerzy postawili sobie poprzeczkę cholernie wysoko i zabrakło w tym wszystkim ostatniego szlifu, który zamieniłby Assassin’s Creed III w prawdziwy diament. Nie zmienia to jednak faktu, że dali radę – zakończenie „trylogii” Desmonda przebiło pozostałe odsłony tysiąckrotnie. Jak do tego doszło i dlaczego w takim razie produkcja spotkała się z tak chłodnym przyjęciem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie poniżej. Oto wspomnienia z mojej ulubionej części całego cyklu.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!


Assassin’s Creed III – coś, czego jeszcze nie było

Zakończenie Assassin’s Creed: Revelations wywołało u większości spore emocje, toteż nic dziwnego, że piąta odsłona sagi (zwana trzecią…) była prawdopodobnie najbardziej oczekiwaną ze wszystkich, a te kilkanaście miesięcy zdawało się być wiecznością. Początek zatem utrzymał poziom swojej poprzedniczki – Desmond, Rebecca, Shaun i William udają się do starożytnej Wielkiej Świątyni, gdzie nasz bohater zostaje podłączony do ulepszonego Animusa i rozpoczyna synchronizację ze swoim przodkiem w celu odszukania klucza do tajemniczej bramy. Zbliżał się bowiem 21 grudnia 2012 roku, czyli przewidywalny dzień końca świata. Globalna zagłada, przebiegunowanie Ziemi, szczyt aktywności słonecznej, zmiana grawitacji, wybuchające planety, wielkie kataklizmy, bla, bla, bla. Każdy o tym słyszał, każdego ten dzień gdzieś w głębi przerażał – nie mówcie, że nie. Setki twórców postanowiło wątek upadku cywilizacji wykorzystać, namnożyło się w tym czasie filmów klasy D lub niższych. Ubisoft więc pomyślał: „czemu my też nie spróbujemy?” i udało się! Stąd pewnie ten pośpiech z datą premiery. Assassin’s Creed III sam w sobie jest niezwykle mroczny i tajemniczy, a gdy grało się w niego właśnie w 2012 roku, klimat przytłaczał jeszcze bardziej. Działo się tak dlatego, że uniwersum Asasynów jest niezwykle bliskie naszemu światu i przedstawia całkiem prawdopodobny bieg wydarzeń.

To właśnie tu miał miejsce początek końca

To właśnie tu miał miejsce początek końca

Na szczególną immersję w produkcji miały wpływ nie tylko realistyczne wątki, ale także zupełnie odmienne przedstawienie templariuszy. W Assassin’s Creed III po raz pierwszy ukazano ich z innej strony. Nareszcie pozbawiono się postaci, które mogłyby opisać siebie jednym zdaniem: „hej, jesteśmy templariuszami, więc jesteśmy diabelsko źli i niedługo przejmiemy władzę nad światem!”. Tym razem developerzy postarali się udowodnić graczom, że w tym uniwersum nie ma odcieni czerni i bieli, a nawet z pozoru najgorsi wrogowie mogą kierować się szlachetnymi pobudkami. Asasyni nie zawsze postępują godnie, z kolei ich konkurenci wierzą, że swoimi działaniami zbawią ludzkość. Idealnym przykładem jest tu oczywiście Haytham Kenway, którym mieliśmy przyjemność sterować przez pierwsze trzy sekwencje. Każdy po tym czasie doznał szoku, gdy okazało się, że tak naprawdę bohater jest templariuszem z krwi i kości. Każdy. Punkt za kapitalny plot twist dla „trójki”. A z czasem będzie ich jeszcze więcej, więc sto punktów za rewelacyjne zwroty akcji!

Pierwsze skrzypce w piątej odsłonie sagi grał jednak syn Haythama i Ziio (więcej o ich historii możecie przeczytać w zestawieniu najlepszych romansów w grach wideo), czyli Ratonhnhaké:ton, nazwany przez Achillesa Connorem. Gracze z kolei ochrzcili go mianem najbardziej znienawidzonego protagonisty ze wszystkich części, które ujrzały światło dzienne. Jeśli o mnie chodzi, to chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że jest on najciekawszą i najbardziej głęboką postacią serii i nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak na niego narzekają. Connor to wspaniale napisany bohater, poznajemy go jako kilkuletniego i niewinnego chłopca, zmuszonego zmierzyć się z przerastającą go rzeczywistością. Mimo że akcja Assassin’s Creed III toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, tak naprawdę nikt nie miał czasu na pokazanie mu życia, dlatego do wszystkiego musiał dążyć sam. Przez większość czasu był dzieckiem zagubionym w wielkim świecie, którego nie rozumiał i poznawał krok po kroku. Dlaczego więc spotkał się on z taką niechęcią ze strony graczy? Być może jest to kwestia tego, że dostali go po wielbionej i bardzo charakterystycznej postaci Ezia, zdającego się być lustrzanym odbiciem Connora.

Connor znacząco różni się od poprzednich protagonistów, ale to nie znaczy, że jest zły!

Connor znacząco różni się od pozostałych protagonistów, ale to nie znaczy, że jest zły!

Da się jednak zauważyć między tą dwójką pewne podobieństwo – obu bohaterów obserwujemy na przestrzeni wielu lat, nasze poglądy zmieniają się wraz z ich dojrzewaniem. A to sprowadza się do kolejnej zalety „trójki”, czyli relacji między bohaterami. Assassin’s Creed III to kawał niesamowitego klimatu – czuć w nim emocje, zbliżającą się śmierć i powagę sytuacji, a to wszystko za sprawą tego, że całość wydawała się być niezwykle spójna dzięki powiązanym ze sobą postaciom.

Choć atmosfera tej części była naprawdę niezapomniana, smutnym i dość ignoranckim faktem jest, że okres historyczny odgrywa tu bardzo dużą rolę. I jeśli odbiorca nie jest fanem XVIII wieku oraz czasów amerykańskiej rewolucji, produkcja może mu się najzwyczajniej w świecie nie spodobać. Właśnie dlatego szczerze nie przepadam za „jedynką” czy Revelations – te klimaty po prostu nie są dla mnie. To samo zresztą tyczy się wyboru dobrej książki bądź interesującego filmu. Jeśli ktoś nie lubi fantastyki, Władca Pierścieni mu się nie spodoba. Ale za to jako miłośnik historii chętnie sięgnie po Krzyżaków. Ja tam jednak pozostanę przy tym pierwszym i tak samo będę podtrzymywać, że to właśnie Assassin’s Creed III jest najlepszą częścią serii, ponieważ wniósł do niej coś, czego jeszcze nie było.


Ostateczny i definitywny koniec?

Takie pytanie miałoby większy sens, gdyby zostało zadane cztery lata temu, teraz już wszyscy wiedzą, że saga Assassin’s Creed przerodziła się w kolejnego „tasiemca” na miarę japońskich produkcji. Uniwersum stworzone przez Ubisoft jest ogromne i od początku miało wielki potencjał, błędem byłoby więc nie pociągnąć serii dalej. A to, że developerzy nie potrafią go dobrze wykorzystać, popadają w skrajności i niepotrzebnie rozwlekają scenariusz na następne dziesięć lat, to już inna sprawa… Przyjrzyjmy się zatem, co przyniosło nam zakończenie „trójki”.

Haytham obserwujący dalsze poczynania Ubisoftu

Haytham obserwujący dalsze poczynania Ubisoftu

Niezwykle podobała mi się relacja między Haythamem a Connorem, o czym zresztą wspominałam już wcześniej – ta gra robi to perfekcyjnie. Asasyn niestety postanawia wypełnić swój cel i zabić wszystkich znanych mu templariuszy, w tym swojego ojca. Scena łamiąca serce, jednak to nie ona wzruszyła mnie najbardziej. Pamiętacie człowieka imieniem Charles Lee? Pewnie, że tak, w końcu właśnie ten mężczyzna był głównym celem zemsty Connora. Assassin’s Creed III jest ostatnią odsłoną z tak wyraźnie zarysowanymi antagonistami – zauważcie, że w kolejnych częściach namnożyło się templariuszy jak karaluchów, są coraz mniej charakterystyczni i z łatwością się o nich zapomina. Tu przez całą grę dążyło się do zabójstwa jednej osoby, która zniszczyła życie nie tylko naszemu bohaterowi, ale również setkom rodzin.

– (…) Dlatego też cię oszczędzę, abyś mógł opowiedzieć o mnie swoim ludziom. Daj im znać, że im prędzej dostaniemy to, czego szukamy, tym prędzej będziecie mogli wrócić do swoich żałosnych, pustych żywotów. Uczciwa wymiana, czyż nie?
–  Jak… się… nazywasz?
–  Charles Lee. Czemu pytasz?
– Żebym mógł cię… odszukać.

pierwsze spotkanie Ratonhnhaké:tona i Charlesa Lee

sekwencja 4, wspomnienie 1

Tym razem cię dopadnę, sukinsynu…

I gdy wreszcie się udało, poczułam wielką satysfakcję. Po pościgu ciężko ranny Connor odnajduje mężczyznę w karczmie. Templariusz po latach rezygnuje z zabawy w kotka i myszkę, okazuje swojemu wrogowi należyty szacunek i dzieli się alkoholem. Asasyn wbija mu nóż w serce, po czym zrywa z jego szyi klucz do bramy w Wielkiej Świątyni. Następnie udaje się do swojej wioski, gdzie rozmawia z przedstawicielką Pierwszej Cywilizacji. Junona każe mu ukryć artefakt, więc Indianin zakopuje go w grobie syna swojego mentora, Achillesa. Mężczyzna miał na imię Connor…

Żadna część serii nie była tak emocjonująca, jak Assassin's Creed III

Żadna część serii nie była tak emocjonująca, jak Assassin’s Creed III

Desmond odłącza się od Animusa i wraz z ekipą otwiera bramę Świątyni za pomocą znalezionego klucza. Na końcu mostu znów objawia się mu Junona, która twierdzi, że jest on jedynym człowiekiem na Ziemi mogącym uratować świat. Chwilę później obok kobiety wyświetla się hologram Minerwy. Postać ostrzega Desmonda, żeby nie dotykał postumentu. Mówi, że ludzkość i tak odrodzi się po nieuniknionej zagładzie. Gdy tak przysłuchiwałam się ich kłótni, miałam ogromną nadzieję, że Ubisoft zdecyduje się na jakiś element wyjęty z RPG-a i pozwoli mi na własną decyzję, bo byłby to dla mnie jeden z najtrudniejszych wyborów moralnych w grach! Niestety trochę się rozczarowałam – Desmond staje po stronie Junony i umiera od jakiegoś impulsu elektrycznego, przez co udaje się mu powstrzymać kataklizm, ale tym samym uwalnia kolejne zagrożenie, czyli zdrajczynię Pierwszej Cywilizacji.

Otwarte zakończenia to już klasyka, jeśli chodzi o Assassin’s Creed, ale zastosowanie takiego zabiegu w ostatniej części „trylogii” jest średnim rozwiązaniem. Powiedzmy sobie szczerze, ostatnie minuty przygód Desmonda rozczarowywały i nie polepszyła tego ani interesująca fabuła, ani wspaniałe postacie, ani nowe animacje i usprawniona mechanika rozgrywki, ani nawet bitwy morskie. Swoją drogą, nie cierpiałam statków. Prawdziwa udręka „trójki”, Black Flaga i Rogue.

Przez pierwsze pięć części dowiedzieliśmy się zatem całkiem niewiele o Tych, Którzy Byli Przed Nami. Z wyglądu przypominali ludzi, ale byli wyżsi i posiadali większe mózgi, szósty zmysł (wzrok orła) oraz potrójną helisę DNA. Poprzez modyfikację genetyczną stworzyli człowieka rozumnego w celach zapędzenia go do niewolniczej pracy oraz Neandertalczyków jako dodatkową siłę zbrojną. Tym sposobem Ubisoft pogodził wszystkie religie świata z prehistorią i nauką.

Historia Pierwszej Cywilizacji dawała spore pole do popisu, nic więc dziwnego, że Ubisoft postanowił kontynuować sagę

Historia Pierwszej Cywilizacji dawała spore pole do popisu, nic więc dziwnego, że Ubisoft postanowił kontynuować sagę

Dzięki temu, że ludzkość nie była idealna, nasz gatunek stał się o wiele wytrzymalszy od rasy Stwórców. Fragmenty Edenu służyły do kontroli poszczególnych jednostek, a pierwotni ludzie uznali Pierwszą Cywilizację za bogów właśnie przez moc, jaką dysponowały te artefakty. Po pewnym czasie Prekursorzy zaczęli łączyć się w związki z niektórymi niewolnikami, a potomstwo takich par łączyło cechy obu gatunków. Ich dzieci były nazywane… asasynami 😉 Adam i Ewa to przykłady pierwszych hybryd, które wykradły Jabłko Edenu i dzięki niemu uwolnili ludzkość spod rządów swoich bogów. Następnie wybuchła międzyrasowa wojna, a później nastąpił kataklizm, który odwrócił bieguny Ziemi. Gatunek ludzki przeżył za sprawą swojej odporności, natomiast Pierwsza Cywilizacja pracowała nad przeniesieniem świadomości do maszyny – stąd zapewne hologramy, z którymi mieli styczność współcześni asasyni.

Porzucenie takiego uniwersum byłoby ogromnym błędem ze strony Ubisoftu. Dobrze, że nie skończyło się na piątej odsłonie!


Assassin’s Creed III tylko dla wybranych

Odnoszę wrażenie, że to po prostu nie jest gra dla każdego. Niczym w zeszłorocznym hicie studia DONTNOD, czyli Life is Strange – inaczej odbierała tę produkcję introwertyczna nastolatka, a inaczej dorosły mężczyzna będący głową rodziny. Assassin’s Creed III to przede wszystkim sto procent immersji. By zrozumieć, czym jest ta gra, należy wczuć się w nią i być może dzielić z Connorem pewne cechy charakteru.

To był bardzo odważny krok ze strony Ubisoftu, bo na teoretyczne zakończenie serii przygotowali graczom coś cholernie kontrowersyjnego i nie kierowanego pod publikę. Ciekawi mnie jedynie, czy taki zabieg był improwizacją, czy scenariusz od początku zmierzał w tę stronę. Jeśli druga opcja okazałaby się prawdą, to developerzy stworzyli jedną z najbardziej oryginalnych serii wszech czasów. I sami doprowadzają do jej zagłady… A wystarczyłoby tylko postarać się odrobinę bardziej ją wykorzystać.

A która część sagi Assassin’s Creed jest Waszą ulubioną?

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.