Pamiętam doskonale koniec roku 2012, gdy jeszcze wszyscy ze smutkiem przygotowywali się do ostatecznego pożegnania sagi Ubisoftu. Kilka miesięcy później okazało się jednak, że developerzy przygotowują kolejną grę z tego uniwersum, czyli Assassin’s Creed IV: Black Flag. Grę o piratach.

Reakcje? Żale oburzonych fanów, protesty, bo jak to tak, asasyni w czasach piratów? Nie do pomyślenia! Wielu twierdziło, że seria powinna zakończyć się już dawno temu, a „czwórka” będzie najgorszym, co mogło ją spotkać. Po jej premierze natomiast świat graczy i fanów Asasynów wywrócił się do góry nogami, bowiem Black Flag większości spodobał się na tyle, by nazywali go najlepszą odsłoną sagi.

Dla mnie niekoniecznie jest ona najlepszą, ale na pewno jedną z najbardziej charakterystycznych gier, z którymi miałam styczność przez całe swoje życie i bez wątpienia wyjątkową pozycją pośród reszty. Ponadto ją jedyną przeszłam dwa razy, mimo że to Assassin’s Creed III jest moją ulubioną częścią.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!


Bezimienny powraca w Assassin’s Creed IV: Black Flag!

Zaczynajmy!

Hej, ale to nie Gothic. RPG studia Piranha Bytes nie miał tak cudownej ścieżki dźwiękowej. Powyższy utwór zawsze sprawiał, że zamiast kontynuować tryb fabularny, ciągle siedziałam w menu głównym. A albumu słucham do dziś co najmniej raz w tygodniu. Więcej Briana Tylera poproszę!

Ale wracając do Bezimiennego. Wytłumaczcie mi, bo nie potrafię tego pojąć – jak, do cholery, Ubisoft mógł zrobić coś takiego? Śmierć Desmonda i zmianę protagonisty w dalszych częściach rozumiem – ciekawy zabieg i dość rzadko pojawiający się w branży, więc jak najbardziej wychodzi na plus. Ale dlaczego jest to zmiana na postać bezpłciową, bezimienną i bez wszystkiego? No tak, bo od tamtej chwili to ja jestem głównym bohaterem, ja jestem w centrum wydarzeń. Nazywają mnie Nowicjuszem. Nie, nie jestem tu nowa, śledzę poczynania serii od dawien dawna. I ani trochę mnie to nie bawi. Taki pomysł można by wykorzystać za kilka lat, przy większym rozwinięciu technologii VR. Nie teraz, na litość boską. Całe szczęście w Assassin’s Creed IV: Black Flag powracają Rebbeca oraz Shaun i wygląda na to, że odegrają w następnych odsłonach bardzo dużą rolę.

W Assassin's Creed IV: Black Flag nie uświadczyliśmy parkouru w wątku współczesnym

W Assassin’s Creed IV: Black Flag nie uświadczyliśmy parkouru w wątku współczesnym

To coś, czego nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić, a jednak doszło do skutku – widok z pierwszej osoby w Asasynach. Ale należy się cieszyć, że można chociaż pochodzić po Abstergo i hackować terminale, bo w takim Assassin’s Creed: Syndicate rozgrywki w czasie teraźniejszym nie ma w ogóle – Ubisoft uraczył nas jedynie paroma przerywnikami filmowymi. Szkoda, że przy świetnie prowadzonej fabule i dobrze napisanym Desmondzie otrzymaliśmy tak nijaką kontynuację. Owszem, szósta odsłona wciąga, a w wątku historycznym ciężko znaleźć jakiekolwiek wady. Ale jaki jest sens ciągnięcia serii, jeśli developerzy nie mają pomysłu na nowego protagonistę, a co dopiero dalszy scenariusz? To wszystko zostało w Black Flagu okropnie spłycone. Gdyby Ubisoft zdecydował się wydać „czwórkę” w postaci spin-offa (jak Assassin’s Creed III: Liberation) albo chociaż jako zwykłą grę o piratach, z ewentualnymi nawiązaniami do uniwersum Asasynów… To byłaby jedna z najcudowniejszych produkcji ostatniej dekady. Wątek współczesny jest tu kompletnie niepotrzebny!


Dokąd zmierzasz, Asasynie?

Jak już więc pisałam wcześniej, Assassin’s Creed IV: Black Flag jest kiepską odsłoną serii i zarazem najlepszą grą o piratach, jaka kiedykolwiek powstała. Jej świat jest ogromny i przepiękny – o ile do tej pory omijałam zadania poboczne w Asasynach szerokim łukiem, o tyle w „czwórce” aż chciało się zwiedzić wszystkie lokacje w stu procentach. Niestety misje zaczęły po pewnym czasie nudzić i brakowało elementów skradankowych. Nie wspominając już o tym, jak bardzo irytowały mnie bitwy morskie. Pływanie statkiem jeszcze było do przeżycia, szanty dodawały nastroju. Walki natomiast były dla mnie prawdziwą udręką. Cieszę się, że od Unity z nich zrezygnowano. Proszę, nie każcie mi nigdy więcej sterować tą oporną cegłą.

 

To tyle w sumie jeśli chodzi o moje odmienne opinie. W tekście o Assassin’s Creed III pisałam, że była to ostatnia część z tak rewelacyjnie połączonymi postaciami i wyraźnymi antagonistami. Black Flag posiada tylko to pierwsze – bohaterowie i ich relacje zachwycają na tyle, że można przymknąć oko na mdłych wrogów. Moją szczególną sympatię zyskała sobie Mary Read, która przez znaczną część gry przedstawiała się jako James Kidd. To właśnie ona wciągnęła Edwarda w cały konflikt pomiędzy asasynami a templariuszami. A przynajmniej próbowała, bo nasz pirat właściwie przez całą produkcję nie stanął po żadnej ze stron. Ma to związek z faktem, że Kenway jest egoistą z krwi i kości – nie interesuje go odwieczna walka zakonów ani szczytny cel ocalenia świata. Mężczyzna chce po prostu dorobić się bogactwa i wrócić do swojej żony. Taki typ bohatera jest ciekawą odskocznią od serwowanych nam do tej pory, czyli dążących za wszelką cenę do zbawienia ludzkości.

Wątki Pierwszej Cywilizacji, Fragmentów Edenu i wszystkiego, co składa się na charakterystyczne uniwersum Assassin’s Creed, zostały w tej odsłonie potraktowane po macoszemu i dodawały jedynie pewnego rodzaju smaczku. Jakiejś dozy tajemnicy i mroczniejszego klimatu. To jak najbardziej powinno było zostać, ale raczej pod postacią odrobinę zmienionego scenariusza. Powtarzam raz jeszcze – niepotrzebnie wciskano tu asasynów.

Mary i Czarnobrody to zdecydowanie moi faworyci spośród wszystkich postaci sagi – oczywiście zaraz po Haythamie

Mary i Czarnobrody to zdecydowanie moi faworyci spośród wszystkich postaci sagi – oczywiście zaraz po Haythamie


Weigh hey, roll and go!

Mam wrażenie, że jeszcze wczoraj z niecierpliwością czekałam na premierę „czwórki” i zachwycałam się piękną grafiką, nucąc przy okazji pod nosem szantę z trailera. Obawy rosły, a większość graczy zastanawiała się, co też ciekawego może wyniknąć z asasynów na Karaibach. I wiecie co? Assassin’s Creed IV: Black Flag to wciąż jedna z moich ulubionych gier. Pirackie przygody dawały mnóstwo frajdy!

Choć nikt się tego nie spodziewał, Ubisoft zaskoczył – pozytywnie. Nie tylko ja jestem zdania, że mogła to być po prostu odrębna produkcja, nie mająca związku z uniwersum Assassin’s Creed, lub też nawiązująca do niego (tak jak robi to Watch Dogs). Ale na to można przymknąć oko, bo najważniejsze, żeby tytuł bawił i dostarczał rozrywki, a Black Flag robi to perfekcyjnie.

„Czwórka” była zatem bardzo mądrym posunięciem ze strony developerów – zaskarbili nią sobie sympatię nie tylko rozczarowanych wyjadaczy serii, ale również nowych fanów. Z kolei jeśli chodzi o Assassin’s Creed: Unity, to wszyscy spodziewali się po nim hitu na miarę drugiej części, a okazał się… No właśnie, czym? Tego dowiecie się w następnym tekście z naszego kompendium wiedzy.

Uwielbiam mieć zdanie inne od pozostałych.

Napiszcie w komentarzach, co sądzicie o losach serii po zakończeniu „trylogii” Desmonda!

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.