Znacie ten moment, gdy kupujecie drogi tytuł AAA zaraz po jego premierze i nastawiacie się na wysoką jakość, a jedyne, co dostajecie, to produkt w wersji pre-alpha? Miliony graczy na świecie przeżywały to pod koniec 2014 roku, gdy Ubisoft wypuścił na rynek już siódmą odsłonę sagi, czyli Assassin’s Creed: Unity.

Polała się krytyka, padło mnóstwo ostrych słów – niestety trochę bezpodstawnie. Żeby nie było, nie mam zamiaru bronić developerów, bo ich postawa wobec fanów była karygodna. Nie wspominając już o stanie, w jakim został wydany ich produkt. Muszę jednak przyznać, że Assassin’s Creed: Unity najzwyczajniej w świecie przypadł mi do gustu – spodobał mi się klimat, polubiłam postacie, krótko mówiąc niezwykle się w to wciągnęłam. I mówię to jako fanka serii od wielu, wielu lat! „Siódemka” (albo „piątka”, zależy jak spojrzeć – Ubisoft sam już pogubił się w numeracji) wcale nie jest zła. Ba, jest zachwycająco dobra. Nie żartuję.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!

Jako że fani tego uniwersum są od pewnego czasu mocno podzieleni, postanowiłam poprosić swojego przyjaciela o wypowiedzenie się w temacie. Zapraszam zatem na zestawienie dwóch różnych punktów widzenia – oto Assassin’s Creed: Unity z perspektywy wyjadacza serii oraz oczami nowicjusza.

Takim całkowitym nowicjuszem nie jestem, wypraszam sobie! Swoją przygodę z tą serią zacząłem od pierwszej części. Były to czasy, gdy na moim komputerze cumowały statki pirackie, ale przez to, że Altaïr, Jerozolima i Damaszek skradły moje serce, obiecałem sobie, że kupię każdą część. Jak to się skończyło, można się domyślić. Dopiero w 2016 roku dostałem możliwość zagrania w kolejne odsłony. Chlubnym wyjątkiem było Assassin’s Creed II, które kupiłem, gdy Revelations wchodziło na półki sklepowe.

~Oskar

Idziemy zwiedzać Paryż!

Idziemy zwiedzać Paryż!


Jak cię malują, Assassin’s Creed: Unity?

Jeżeli zapytacie fana serii, co sądzi o tej odsłonie, odpowie, że jest ona kompletnym niewypałem. Randomowy gracz z kolei stwierdzi, że Unity zraził go do wypróbowania całej reszty, a bardziej skompromitował się chyba tylko najnowszy Batman w pecetowej wersji. Jak to więc tak naprawdę wygląda? Owszem, zamiast fabuły większą część „siódemki” wypełniają wszelkiego rodzaju błędy, ale ja wciąż nigdy nie nazwałabym jej porażką. W poprzednich tekstach z kompendium wiedzy często wspominałam, że Assassin’s Creed: Unity cholernie mnie intrygował.

Niestety przy całej swojej magii zaskarbił sobie tytuł najgorszej odsłony serii – choć nie do końca zasłużył, to wcale się temu nie dziwię. Spójrzcie na powyższy screen. Został on wykonany w pomniejszonej rozdzielczości oraz na najniższych ustawieniach graficznych, mimo że mój komputer spełnia wymagania rekomendowane. Inaczej nie ma szans liczyć nawet na dwadzieścia klatek. Owszem, gra nadal jakimś cudem wygląda pięknie i można przymknąć oko na wszelkie niedoskonałości, ale chyba nie tak powinno to działać. Optymalizacja leży totalnie. Cóż, ciężko to nawet optymalizacją nazwać… Zastanawia mnie, jakim cudem w takim razie tytuł działa płynnie na konsolach, skoro na moim sprzęcie tego nie robi, choć powinien. Szkoda, bo Ubisoft naprawdę popisał się oprawą wizualną i zrewolucjonizował pod tym względem najnowszą generację. Czasami ciężko odróżnić zrzut ekranu od zdjęcia jakiegoś cosplayu:

 

A czasami wygląda to tak, jak poniżej. „Moje gumołapki, upraszam się o oddanie ich jak najszybciej. Muszę otworzyć parę kolejnych zamków.”

 

Widzicie zatem różnicę. Najzabawniejszy jest fakt, że w Syndicate zamiast naprawić problemy ze stabilnością i wydajnością, zastosowano po prostu downgrade grafiki. Niestety na tym wady siódmej części się nie kończą. Assassin’s Creed: Unity jest po prostu produkcją nieukończoną, mimo że od jego premiery minął ponad rok. Bugi, crashe i inne nieciekawe błędy przeszkadzają, to racja. Ale produkcja oberwała również za niezwykle słaby scenariusz. Czy słusznie?

Chciałbym wtrącić jeszcze fakt ubisoftowskiego lenistwa i trzymania się myśli „my Windowsa 10 nie wspieramy”. Dzięki temu każda część, poczynając od Revelations do obecnie ogrywanego przeze mnie Unity, musi być odpalana w trybie zgodności z ósemką. Parafrazując amerykańskiego klasyka – Thanks, Ubisoft. A mój pierwszy bug zdarzył się już na samym początku spotkania z Arno, gdy siadał na krześle. Zegarek lewitował nad nim, postaci nie było.

~Oskar

Akcja gry rozpoczyna się w 1776 roku. Charles Dorian pojawia się w Wersalu wraz ze swoim kilkuletnim synem. Ojciec powierza mu zegarek i rozkazuje zaczekać, dopóki ten nie skończy pracy. Arno w tym czasie poznaje Élise, córkę wielkiego mistrza zakonu templariuszy. Maluchy bawią się i zaprzyjaźniają, jednak wkrótce ma miejsce dość spore zamieszanie, w którym Charles zostaje zamordowany niemalże na oczach swojego dziecka. Jak łatwo się można domyślić, po tym wydarzeniu przenosimy się o trzynaście lat w przyszłość. Arno przez przypadek zostaje wplątany w odwieczny konflikt między zakonami, będzie starać się rozwikłać uknutą przez templariuszy intrygę oraz oczywiście poszukiwać zemsty. Rzecz jasna Élise postanowiła pójść w ślady swego ojca, jednak to nie przeszkodzi uczuciu, jakim darzy siebie ta dwójka. Cliché.

Celowo nie zwracam uwagi na wątek współczesny, gdyż w nim fabuły praktycznie nie ma. Ogólnie rzecz biorąc chodzi o to, że jesteśmy sobie tym całym Nowicjuszem, Bishop przedstawia nam cel Projektu Feniks. Abstergo chce odnaleźć pozostałości po Mędrcu, co pozwoliłoby im na odtworzenie materiału genetycznego Pierwszej Cywilizacji, a to z kolei pomogłoby w rozpracowaniu Fragmentów Edenu. Przez całą produkcję zatem skupiamy się na życiu Arno, od czasu do czasu przeskakując do innego okresu historycznego. Działo się tak dlatego, że Abstergo namierzało lokalizację współczesnych asasynów, więc jakimś sposobem miało to zbić ich z tropu. Za pierwszym razem był to rok 1898, czyli Belle Époque – niedługo po zakończeniu wojny francusko-pruskiej. Nowicjusz miał za zadanie odnaleźć portal będący wyjściem z symulacji. Znajdował się on na szczycie nieukończonej Statuy Wolności. Widoki zapierały dech w piersiach, nie powiem.

Kolejnym razem Bishop wrzuca użytkownika Helixa w czasy II wojny światowej, tam portal znajdował się na samej górze wieży Eiffla. Był to niesamowicie klimatyczny moment, poza tym wielu graczy zawsze twierdziło, że Asasyn w latach 1939-1945 mógłby się udać. Ubisoft dał nam dowód na to, że w istocie byłby to bardzo ciekawy scenariusz.

Assassin's Creed w czasach II wojny światowej? Jak najbardziej!

Assassin’s Creed w czasach II wojny światowej? Jak najbardziej!

Ostatni przeskok miał miejsce w 1394 roku, na paryskim cmentarzu. Jeśli developerzy nie mają w planach tworzyć gry w czasach największego i najkrwawszego konfliktu zbrojnego w historii, powrót do średniowiecza również byłby kapitalnym pomysłem i na pewno ucieszyłby starych fanów. Atmosfera wojny stuletniej przywoływała wspomnienia z oryginalnej odsłony – aż chciało się wrócić do wypraw krzyżowych i przygód Altaïra. Dokładnie takie samo uczucie towarzyszyło mi w prologu gry, przedstawiającym tragedię Jakuba de Molay. Atmosfera w nim panująca była po prostu nieziemska. Ubi powinien poważnie zastanowić się nad powrotem do tego okresu. Byłabym wniebowzięta, gdyby postanowił zrobić z kilkuminutowego wstępu oficjalną produkcję.

Wow. Po prostu wow

Rewolucja francuska w Assassin’s Creed: Unity została przedstawiona bardzo ciekawie i z przytupem, czego niestety nie można powiedzieć o produkcji samej w sobie. W scenariuszu nie było niczego zaskakującego, może poza interesującym zakończeniem, ale Asasyny przecież zawsze kończyły się tak, by gracz chciał więcej i więcej. Oczywiście nie w wątku współczesnym, tam końcówka wyglądała na takiej zasadzie, że Bishop podziękowała Nowicjuszowi za współpracę i stwierdziła, że odezwie się później. Dosłownie.

Mimo wszystko było w tej odsłonie coś, co cholernie mi się podobało.


Gdzie się podziały tamte Asasyny…

Jeżeli ktoś równie mocno jak ja zwraca uwagę na ścieżkę dźwiękową, zrozumie, dlaczego widzę w tej produkcji taką głębię. Tego po prostu nie da się opisać odpowiednimi słowami – Assassin’s Creed: Unity to kawał niepowtarzalnego oraz niezwykle oryginalnego klimatu. Rozgrywka dostarczyła mi sporo frajdy, atmosfera budowała coraz to większą immersję, a grafika sprawiała, że mogłam podziwiać widoki godzinami, jednak to nie wystarczy, żeby wystarczająco przyciągnąć graczy. Na mnie jednak zadziałało, tak samo jak na mojego przyjaciela.

Produkcja jest dość długa, ale ani razu nie czułam się przy niej znużona (czego nie mogłabym powiedzieć o takim Assassin’s Creed: Revelations). Gdyby zacząć się bawić we wszystkie misje poboczne, prawdopodobnie tytuł zapewniłby ponad pięćdziesiąt godzin zabawy. Jak do tej pory omijałam je w Asasynach szerokim łukiem, tak w siódmej odsłonie po raz pierwszy spędziłam z nimi znacznie więcej czasu. Tryb kooperacji jest rewelacyjny, choć bardzo się go obawiałam!

Mapa miasta w Assassin's Creed: Unity, czyli jeden wielki syf – więcej się nie dało?

Mapa miasta w Assassin’s Creed: Unity, czyli jeden wielki syf – więcej się nie dało?

Szkoda, że nie ma map z poprzednich części. Wtedy życzyłbym powodzenia. Chociaż nie wiem co gorsze, mapy czy punkty Helix. „Hej, nie chce Ci się latać po Paryżu? Spokojnie, pomyśleliśmy o tym. Kup punkty za prawdziwe pieniądze, a dzięki temu będziesz mógł znaleźć wszystkie znajdźki bez najmniejszego problemu!” Super.

~Oskar

W siódmej odsłonie cyklu wprowadzono mnóstwo urozmaiceń, podobno grę tworzono całkowicie od podstaw – ja tam bym nie była tego taka pewna. Dostaliśmy jednak sporo innowacji, które cieszyły – w Assassin’s Creed jest to bardzo potrzebne, inaczej gry z serii już dawno przestałyby się sprzedawać. Mamy więc zmiany w mechanice parkouru, nowe animacje, możliwość poruszania się po budynkach w dół, trudniejszy system skradania, a nawet zwiększony poziom trudności w walkach (naprawdę!). To wszystko sprawia, że na wszelkie wady w scenariuszu można by przymknąć oko, gdyby tylko Ubisoft pozbawił się tych błędów i niedopracowań… Niestety pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz – Unity nie podołało.

Nie można natomiast zaprzeczyć, że dwójka głównych bohaterów, czyli Arno i Élise, wzbudza wielką sympatię i w zasadzie są to jedyne postacie, które intrygują i zatrzymują gracza przy produkcji. Szkoda, bo w Assassin’s Creed IV: Black Flag uraczono nas znacznie barwniejszymi charakterami. Nie wspominając już po raz kolejny o pozbyciu się Desmonda i zastąpienia go bezpłciowym protagonistą. Właśnie to jest głównym mankamentem tej części. Do tej pory zawsze miałam poczucie, że jestem częścią czegoś większego i dążę do określonego celu – teraz gram tylko dla zabawy i klimatu, bo szukanie fabuły w tej serii od momentu zakończenia Assassin’s Creed III to jak szukanie igły w stogu siana. Tak à propos…

To tylko sianko na dachu, przewijajcie dalej

To tylko sianko na dachu, przewijajcie dalej

Unity jest częścią, która budzi dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony posiada, tak jak wspomniała Ola, świetną grafikę nawet na minimalnych ustawieniach, cudowną mechanikę biegania, całkiem nieźle rozwiązany tryb walki, lecz z drugiej strony… po prostu nie daje rady. Na moim Lenovo Y50-70 (GTX 960M, Intel i5 i 8 GB RAM) muszę odpalać grę na najniższych ustawieniach graficznych, żeby mieć „stabilne” trzydzieści klatek. Piszę to w cudzysłowie, bo przy przechodzeniu z jednej dzielnicy do drugiej spowalnia mi do średnio dwunastu. Sam fakt, że NVIDIA GeForce Experience informuje mnie, że nie spełniam minimalnych wymagań, o czymś świadczy.

Ze strony fabularnej dużo nie udało mi się zrobić, koncentrowałem się na współpracy, a wątek fabularny tylko delikatnie musnąłem. Mimo to muszę powiedzieć, że Arno jest jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym bohaterem w serii. Charyzmatyczny, dowcipny, odrobinę nierozważny. Najwyraźniej Ubisoft przytulił do serca feedback graczy po pewnym jegomościu z Florencji. Sam Paryż jest wspaniałym miastem. Cudownie biega się po dachach, które nie są płaskie. Mały plac zabaw i laboratorium nowych mechanik w jednym. A animacje są cudowne! Parkour wygląda znacznie lepiej. To przeskakiwanie z pokoju do pokoju nad ulicą albo „360 noscope” skoki pomiędzy oknem a murem. Wizualne cudo. Nie byłbym jednak sobą, jeśli nie zwróciłbym uwagi na czysto brytyjski akcent Paryżan. Ja rozumiem, Animus, nowe wersje i tak dalej. Ale litości, to trochę jednak wybija ze świata gry i śmiałem się wielokrotnie nad tą jakże nieskazitelną wymową z okolic Londynu. Czepliwy jestem, wiem.

~Oskar


Strach ma wielkie oczy

O, takie!

O, takie!

Podsumowując, żałuję, że Ubisoft dopiero teraz zdecydował się na dwuletnią przerwę. Assassin’s Creed: Unity zapowiadał się na totalną rewolucję w serii i prawda jest taka, że gdyby tylko został bardziej dopracowany (a przede wszystkim – ukończony…), to odniósłby niemały sukces i być może przebiłby pod tym względem drugą odsłonę cyklu. Mógł być to przełom i powód dumy dla firmy, jednak, jak pisałam wcześniej – pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Szkoda, że po premierze Unity większość postrzegała tę odsłonę przez pryzmat bugów i niedociągnięć. Ubisoft sam jest sobie winny.

Po premierze „siódemki” połowa graczy całkowicie straciła wiarę w developerów, a druga połowa stwierdziła, że być może teraz nadeszła chwila odbicia się od dna. Mnie Unity wcale nie rozczarowało, dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałam Assassin’s Creed: Syndicate i dopiero wtedy poczułam ogromny zawód. Naprawdę bawi mnie moje podejście do tej serii – jest to miłość dojrzewająca przez lata, ale im bardziej kocham tajemnicze uniwersum Assassin’s Creed, tym bardziej nienawidzę Ubisoftu za to, że tak je zniszczył. To właśnie kolejna część zadecyduje o jego dalszych losach. Byle do 2017.

A po czyjej stronie staniecie Wy? Uważacie Assassin’s Creed: Unity za kompletny niewypał czy za część wartą zagrania?

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.