Wielu graczy z perspektywy czasu nie patrzy na pierwsze Assassin’s Creed zbyt przychylnym okiem. A to przestarzała i toporna mechanika rozgrywki, a to uboga zawartość gry, a to jakoś już nie ta sama zabawa co kiedyś. Do mnie natomiast oryginalna odsłona nie przemówiła nigdy – ani gameplayem, ani fabułą, ani czymkolwiek.

W tym tekście nie mam zamiaru wyjaśniać, dlaczego Assassin’s Creed osiągnęło tak wielki sukces. Właściwie to sama się zastanawiam, jak do tego doszło! Zdaje się, że Ubisoft od samego początku miał tendencję do pozostawiania graczy w niedosycie. Przynajmniej u mnie po zakończeniu każdej części wyglądało to mniej więcej w ten sposób: „Było całkiem nieźle. Ale w sumie czegoś brakowało, znowu mnóstwo niedopowiedzeń. Może następnym razem będzie lepiej…”

I chyba właśnie to „może będzie lepiej…” zadecydowało o sukcesie serii. Bo mimo wszystko Assassin’s Creed nie było złą grą. Bo miało niesamowity klimat i zaskakiwało pomysłem na siebie. Bo po tym malutkim skrawku świata Asasynów, jaki zaoferowała nam „jedynka”, gracze chcieli zobaczyć więcej i intensywniej! Developerzy dostali wtedy spory kredyt zaufania, którego przez te osiem lat wciąż nie wykorzystali do końca. Ba, po premierze każdej nowej części otrzymują go na nowo. Bo Assassin’s Creed jest magiczne. I bardzo pokrzywdzone.

Uwaga, tekst zawiera liczne spoilery!

Ten artykuł jest fragmentem całego cyklu poświęconego Assassin’s Creed – przejrzyj naszą listę!


Cofnijmy się zatem do roku 2007

Na ulicach nie ma żywej duszy, pusto niczym w portfelach graczy. Był to jeden z najlepszych okresów w dziejach branży, pełen nowych marek, do dziś górujących w rankingach. S.T.A.L.K.E.R.! BioShock! Portal! Wiedźmin! Crysis! Uncharted! Mass Effect! Aż wreszcie Assassin’s Creed! A znaczna większość premier odbyła się na przełomie października i listopada! Jak żyć?

Ten młodziutki asasyn jeszcze wyjdzie z tłumu i da wszystkim popalić!

Ten młodziutki asasyn jeszcze wyjdzie z tłumu i da wszystkim popalić!

Co więc sprawiło, że produkcji Ubisoftu udało się wybić na tle konkurencji? Kredyt zaufania! Bo Far Cry był dobry. I Prince of Persia także. A skoro o tym mowa, to nie od dziś wiadomo, że pierwszy Asasyn tak naprawdę miał być kolejną odsłoną Księcia Persji, co ujawnia się w ułożeniu map i podobnej mechanice. Tytuł sam w sobie był cholernie męczący i monotonny, a jeszcze bardziej potęgowało to wrażenie, że już kiedyś grało się w coś takiego…

No dobrze, w takim razie dlaczego Assassin’s Creed osiągnęło tak wielki sukces? Bo klimat. I klimat. Poza tym również klimat. Czy wspominałam o klimacie? A więc klimat! Chociaż mechanika rozgrywki po tylu latach znacznie się zestarzała, jedna rzecz nie zmieniła się ani trochę – grafika i atmosfera, które do dziś urzekają i czarują. Krucjaty, Ziemia Święta, Jerozolima, Damaszek, Masjaf… Rany! Tego się nigdy nie zapomina. Odwzorowanie poszczególnych miast zachwycało – każda budowla niemalże doskonale ukazywała swój pierwowzór, a grę można było potraktować jako prawdziwy symulator średniowiecznego życia. Do dziś potrafię sama odtworzyć w głowie wiele różnych lokacji, choć w pierwszą część hitu Ubisoftu grałam ostatnim razem ponad trzy lata temu i od tamtego czasu jakoś nie miałam ochoty do niego wrócić.

Grafika w Assassin's Creed już wtedy robiła piorunujące wrażenie

Grafika w Assassin’s Creed już wtedy robiła piorunujące wrażenie

Co by nie mówić, nie można zaprzeczyć, że kolejne Asasyny nigdy później nie były tak bardzo wnikliwe w wydarzenia historyczne, jak właśnie część pierwsza. Może dla laika nie było to wtedy zauważalne, ale najlepiej widać to po bazie danych Animusa, która została dodana w drugiej odsłonie gry. Niestety rozbudowane sekwencje przeszłości wiązały się z tym, że wątek współczesny został wtedy mocno olany, bo Ubisoft od początku miał ewidentny problem z połączeniem tego w jedną całość. Jeśli ktokolwiek oczekiwał wgniatającego w fotel science fiction, pełnego zwrotów akcji i wybuchów na miarę Szklanej Pułapki, bardzo się rozczarował. Zadania w realnym świecie kończyły się bowiem na pójściu spać, wstaniu z łóżka oraz ponownym wejściu do Animusa. A że w Abstergo zawsze było sterylnie czysto, Desmond nigdy nie musiał specjalnie dbać o higienę. Wątek historyczny wcale lepiej nie wyglądał – przez całą grę zadania główne działały na tej samej zasadzie. Ileż można w kółko robić to samo?

Mimo że każda zaleta oryginalnego Assassin’s Creed ma swój wadliwy odpowiednik, to wciąż była cholernie dobra produkcja. Od samego początku ujmowała tajemniczością i mrocznym klimatem. A przede wszystkim miała świeży pomysł na siebie (wykluczając kilka inspiracji kultowym Prince of Persia) i zapowiadała przygodę, o jakiej gracze nigdy nawet nie marzyli.


Gdyby cała gra była tak emocjonująca, jak jej zakończenie…

Wtedy bez wątpienia byłaby to moja ulubiona część! Po całkiem interesującym początku i wyjątkowo nudnych kilkunastu godzinach zabawy twórcy sprzedali nam porządnego liścia w twarz – mowa tu o zaskakującym twiście fabularnym, mającym miejsce w samym końcu gry, czyli zdradzie wielkiego mistrza Altaïra. Miało się wtedy wrażenie, że coś wreszcie ruszyło do przodu i historia nabrała tempa, by porządnie się rozkręcić. A tu się okazało, że Desmond poszedł spać i już lecą napisy końcowe!

Produkcja zakończyła się z mocnym przytupem – właśnie dlatego gracze nie mogli się doczekać kolejnej części przygód Desmonda

Produkcja zakończyła się z mocnym przytupem – właśnie dlatego gracze nie mogli się doczekać kolejnej części przygód Desmonda

Seria Assassin’s Creed to wbrew pozorom nie tylko parkour i zabawa w skrytobójcę, ale przede wszystkim fabuła – przynajmniej w pierwszych pięciu częściach. W „jedynce” paradoksalnie jest ona potraktowana po macoszemu, a przy tym niesamowicie rozbudowana. Jak doszło do połączenia ze sobą tych skrajności? Do dziś się zastanawiam.

Z jednej strony historia zadziornego barmana wcielającego się w swojego przodka rozpoczyna się niezwykle intrygująco. Zresztą nie tylko jego, bo sam Altaïr również nie oszczędził sobie ekscytującego wejścia. Okazuje się, że Desmond został porwany przez Abstergo, ponieważ nosi w sobie krew prawdziwego asasyna. Doktor Warren Vidic wykorzystuje go zatem jako obiekt testowy do swoich badań w Animusie i poszukiwań Fragmentów Edenu.

W całej tej mrocznej tajemnicy chodzi o to, że przeszłość nawet przed samym istnieniem ludzkości ma z teraźniejszością wiele wspólnego. Okazuje się, że niegdyś walczące organizacje templariuszy i asasynów po dziś dzień uczestniczą w konflikcie i to właśnie Abstergo jest współczesnym urzeczywistnieniem „złego” zakonu, pragnącego przejąć władzę nad światem. Do tego potrzebne są Fragmenty Edenu, pozostawione przez Pierwszą Cywilizację, a żeby je znaleźć, należy zagłębić się w historię i wcielić się w daną postać, która miała styczność z Fragmentem. Co ciekawe, życie wybranego człowieka trzeba odegrać w stu procentach, inaczej wskaźnik synchronizacji zacznie spadać, a Desmond zostanie wyrzucony z Animusa. To chyba najlepiej zastosowany i skomplikowany pasek życia w historii gier!

Wskaźnik synchronizacji był niesamowicie oryginalnym pomysłem na wyjaśnienie paska życia w symulacji

Wskaźnik synchronizacji był niesamowicie oryginalnym pomysłem na wyjaśnienie paska życia w symulacji

Oczywiście wszystko to z czasem przerodziło się w ratowanie świata, co należało już do obowiązków asasynów – templariusze zawsze byli po prostu źli. Dobrze, że w późniejszych częściach zaczęto to odrobinę urozmaicać, bo nie znoszę typowego przedstawienia dobra i zła. W pierwszym Assassin’s Creed nie wydarzył się jednak żaden przełomowy moment dla fabuły poza tym, że Lucy okazała się sprzymierzeńcem Desmonda i miała zamiar wyciągnąć go z Abstergo. Udowodniła to chowając swój serdeczny palec – asasyni ucinali je, by móc swobodnie korzystać z ukrytego ostrza.

Cały sens istnienia świata ma związek z Pierwszą Cywilizacją, czyli Tymi, Którzy Byli Przed Nami. Niestety pierwsza część z sagi Assassin’s Creed nie poświęciła temu wątkowi zbyt wiele czasu, choć uważam, że był to duży błąd. Wrócimy do nich w kolejnych odsłonach, a na tę chwilę wystarczy przypomnieć, że była to niesamowicie zaawansowana rasa humanoidów, odpowiedzialna za stworzenie ludzkości. Ponadto nosili imiona bogów greckich i rzymskich.

Gdy już skompletowaliśmy całą otoczkę uniwersum Assassin’s Creed, nikogo nie powinno dziwić, że gracze dali mu szansę po dość słabo wykonanym debiucie. Gra zapowiadała bowiem niezwykłą i niecodzienną historię, której nikt wcześniej nie doświadczył. Tak prosto, bo wystarczyło odpowiednio wykorzystać motywy biblijne, mitologiczne i historyczne, a tak zaskakująco.

Nie martw się, stary, wcale nie byłeś taki zły

Nie martw się, stary, wcale nie byłeś taki zły


A jak Assassin’s Creed prezentuje się w roku 2016?

Szczerze mówiąc, to nijak, bo nowej części w tym roku nie uświadczymy. Ubisoft oficjalnie potwierdził, że robi sobie przerwę od sagi ze względu na reakcje rozczarowanych fanów. Jeśli z kolei mowa o najnowszych odsłonach, to wołają o pomstę do nieba. Ich gameplay nie jest zły, ale co się stało z fabułą? Mam wrażenie, że developerzy zaczęli tworzyć gry do grania. Tak po prostu, pozbywając się przy tym sensu całej historii. Niegdyś zupełnie nowa i świeża marka, dziś tytuł produkowany taśmowo. Assassin’s Creed niedługo przewyższy Final Fantasy pod względem liczby produkcji wychodzących spod swojego szyldu. A może już to się stało?

Choć brzmi to zupełnie absurdalnie, uważam, że takie Assassin’s Creed: Unity bądź Syndicate są lepsze od części pierwszej. Nie bijcie mocno. Fabularnie wszystkie trzy pozycje są słabe, ale w te nowsze odsłony gra się przyjemniej i ich misje są bardziej zróżnicowane. Pierwszym Asasynem, z którym miałam do czynienia była „dwójka” i szczerze mówiąc, gdybym zaczęła od początku, prawdopodobnie nigdy więcej nie tknęłabym żadnej gry z tej serii, bowiem przygody Altaïra wydawały się mi wtedy kompletnie nieciekawe.

Tymczasem zapraszam do przeczytania innych tekstów mojego autorstwa o sadze Assassin’s Creed!

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.

  • Andrzej Mazuruk

    No i to lubię! 😀

  • A wiesz, że poczytam? 😀 Namówiłeś mnie!

  • Andrzej Mazuruk

    Super, że teksty Ci się podobają! Ale polecam też innych naszych autorów :>

  • Andrzej Mazuruk

    Super, że teksty Ci się podobają! Ale polecam wszystkich naszych autorów 😉

  • Ola ma niesamowity talent do pisania. Czytam tylko dla niej 😉