Dubbing w grach to prosta sprawa? Choć wydawać by się mogło inaczej, aktorstwo głosowe to zawód niebywale trudny, czasochłonny oraz wymagający. „To jest trochę inna praca niż w filmie. Całkiem inna, bym powiedziała…” – mówi zmęczona Sonia Bohosiewicz w wywiadzie, który będziecie mieli okazję obejrzeć poniżej. I ma sto procent racji!

Aktor na scenie ma możliwość operacji mimiką i gestami – w dubbingu do dyspozycji są jedynie umiejętności głosowe. Często zawodzą one z uwagi na niski budżet i złe obsadzenie aktorów, a źle zagrane role mogą skutkować obniżeniem wartości produkcji, która po prostu staje się nieprzyjemna w odbiorze. Jak to w końcu ten dubbing w grach wygląda? Czy oryginał jest zawsze najlepszy, czy jednak zdarzają się częste odstępstwa od reguły? Zanim jednak przeniesiemy się na dalekie kontynenty, spójrzmy na owoce własnego ogródka.


Dubbing w grach to sprawa polskiej wagi

Z pewnością nie tylko polskiej, ale ten temat jest nam wszystkim najbliższy. Z problematyką przekładu boryka się mnóstwo państw. Wiele osób chciałoby usłyszeć swe ukochane postacie w ojczystym języku. Często jednak szale przeważają w nieodpowiednią stronę i koniec końców żałuje się, że ktoś niepotrzebnie poświęcił na to swój czas i pieniądze, bo efekt jest… poniżej krytyki. Oto kilka przykładów problemów, z jakimi zmagają się tytuły wychodzące z polskich studiów dubbingowych.

Przede wszystkim jest to brak odpowiednich warunków pracy. Nie bez powodu napisałam, że Sonia Bohosiewicz była wykończona. W wielu naszych rodzimych studiach nagrania trwają po kilkanaście godzin z nieznacznymi przerwami, gdyż czas goni i producenci chcą mieć to jak najszybciej za sobą. Niestety, w przypadku Mass Effecta aktorom zostały wręczone zwykłe kartki – nie wiedzieli nawet, jak wyglądają postacie, którym udzielają swojego głosu i skończyło się na czytaniu suchych kwestii, bez żadnej możliwości porównania do oryginału. Skutkowało to tym, że zdania często były wypowiedziane w nieprawidłowym tonie i wyrwane z kontekstu. Ci ludzie nawet nie mają pojęcia, o czym mówią…

Łukasz Nowicki vel Buzz Astral i jego oczko

Należy jednak pamiętać, że dubbing w grach to współpraca – potrzebne jest poświęcenie obu stron. Jeśli żadna z nich się nie przykłada, rezultat nigdy nie będzie choćby na poziomie. Jeżeli aktor nie podchodzi do swojej pracy poważnie i z szacunkiem, nawet najlepsze studio nie wyciśnie z niego dobrego głosu. Nie zliczę, ile razy spotkałam się z niepoprawnym czytaniem nazw, bez żadnego poszanowania zasad wymowy języka oryginalnego. Czy mówi Wam coś Ethan z Heavy Rain lub Ilos z Mass Effect? Jeśli tak, to rozumiecie mój ból. Jeśli nie… to może i lepiej.

Gdy po raz pierwszy włączyłam Mass Effect 2 i usłyszałam głos Mirandy, natychmiast schowałam twarz w dłonie. Po pięciu sekundach podziwiałam już własny pulpit, a nie bazę Człowieka Iluzji. Jak wiadomo, druga odsłona przeboju BioWare’u nie posiada opcji wyboru między językami dialogów, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki. Ale dla chcącego nic trudnego! Po kilku minutach zabawy i zmianie literek w maksymalnie czterech plikach można już cieszyć się oryginalną angielszczyzną. Taka sama sytuacja miała miejsce w przypadku naszego rodzimego, o zgrozo, Dying Light (nie ma to jak zepsuć dubbing w grze polskiego studia). Sprawa robi się znacznie bardziej skomplikowana, gdy w grę wchodzą DLC, ale to także da się załatwić. Warto, bo efekt cieszy uszy.

To się nazywa profesjonalizm…

Dubbing w grach ma również inne problemy. Ot, choćby źle dostosowana głośność dźwięków. Wielokrotnie zdarzało mi się w angielskim rozumieć więcej niż po polsku, a w produkcjach, w które gram w ojczystym języku, musiałam włączać napisy. Jeden bohater wrzeszczy aż uszy bolą, drugi mamrocze coś pod nosem i nie wiadomo, o co mu właściwie chodziło. Znacie to? Wystarczy włączyć sobie pierwszy lepszy polski serial.

À propos napisów: praktycznie w każdym tytule okazuje się, że tekst na ekranie nie zgadza się ze słowami aktorów. Teoretycznie jest to całkiem zrozumiałe i nie ma w tym nic złego, w końcu ze względu na konieczność dopasowania dialogu do ruchu ust postaci tekst wymaga stosowania przeinaczeń względem oryginału. Polscy tłumacze często biorą to jednak chyba trochę zbyt dosłownie i popuszczają wodze fantazji. Przechodzimy tu do mojego ulubionego przykładu, czyli Wrexa z pierwszego Mass Effecta.

Dubbing w grach czy oryginał zawsze jest najlepszy

Urdnot, why so serious?

Można by pomyśleć, że uczepiłam się tej produkcji jak rzep psiego ogona, ale przykrym faktem jest, że polski dubbing w hicie kanadyjskiego studia stoi na wyjątkowo niskim poziomie. Jak podawali wtedy pracownicy CD Project, „Kroganie są rasą brutalną i niemoralną”, więc język obfity w soczyste wulgaryzmy jak najbardziej do nich pasuje. A wiadomo, że nasza mowa ojczysta posiada ich niezwykle szeroki wachlarz. Tak oto Wrex, kochany wujek, wyjątkowo znużony życiem, zamienił się w nieprzyjemnego i wrednego buca o szalenie skromnym zasobie słów.

Cóż, niektórym taki zabieg bardzo odpowiada, niektórym nie. Pewnych zasad jednakże należy się trzymać. Fani wyżej opisywanej trylogii doskonale wiedzą, że Joker zakochał się w głosie pokładowej SI. Wypadałoby więc przy tym pozostać i zatrudnić aktorkę, która posiada równie pociągający głos, prawda? Polska wersja językowa chyba została urozmaicona o jeden wybór fabularny więcej i pilot statku zdecydował się zostać singlem…

Śpiew polskiego Mordina to perełka wśród perełek

Wszystkie powyższe problemy bardzo ciężko jest strawić, jednak jedna rzecz jest ostatecznym dolaniem oliwy do ognia – mam tu na myśli zatrudnianie sławnych celebrytek. Nie, praca aktora to nie to samo, co praca aktora głosowego. Nie, znana gwiazda nie sprawi, że gracze chętniej sięgną po wybrany tytuł. Przestańcie to robić, serio. Nie poradziła sobie ani Małgorzata Socha w Beyond: Two Souls, ani Magdalena Różczka w Heavy Rain, ani Karolina Gorczyca w Tomb Raiderze, ani Aleksandra Szwed w Until Dawn. Wszystkie te produkcje były nachalnie reklamowane twarzami swoich sław. Im bardziej nas zapewniano o niezapomnianym doświadczeniu i cudownej jakości dubbingu, tym bardziej był on skopany. Rzeczywiście niezapomniane doświadczenie…

Zabawne, że wszyscy ci aktorzy całkiem nieźle sobie radzą w przypadku animacji dla dzieci. Skąd więc wzięło się jakieś głupie przekonanie, że w grach głos podkłada się inaczej? Dlaczego dziewięćdziesiąt procent polonizacji brzmi sztucznie jak reklama proszku do prania? Właśnie przez powyższy zbiór niedociągnięć, z jakimi musi zmagać się dubbing.


Japoński dubbing w Wiedźminie?

Hajimemashite, watashi-wa Geraruto desu. Pewnych rzeczy się po prostu nie robi… Nie twierdzę, że takie dubbingi powinny być zakazane i wycofane, ale powiedzmy sobie szczerze – kto potrafi tego słuchać? Przecież zależnie od języka zmienia się klimat produkcji i postrzeganie danej postaci!

Wiedźmina uważam za prawdziwy majstersztyk polskiego dubbingu. Co prawda w trzeciej części usłyszeć można było wyraźne kombinowanie z głosami w programach dźwiękowych (przyspieszanie, spowalnianie, zmienianie tonów), ale w tym przypadku nie jest to ważne. Najważniejsza jest cholernie dobra gra aktorska i klimat! Obcokrajowcy mają dość stereotypowe wyobrażenie o postaci Geralta – praktycznie w każdym języku brzmi on jak obrażony na cały świat bardzo zły pan. Na dodatek ma ewidentne problemy z krtanią. O tłumaczeniu i braku możliwości przełożenia pewnych idiomów chyba nie muszę nawet wspominać. Zresztą, posłuchajcie sami.

Wiedźmin tylko w poprawnej polszczyźnie!

Niech równie dobrym przykładem na słabo wykonany dubbing w grach będzie Metro – granie w tego postapokaliptycznego FPS-a po angielsku to czysta zbrodnia. Sam tytuł jest cholernie godny polecenia, a jego atmosfera zapełnia całe pomieszczenie, w którym znajduje się gracz. Powietrze można ciachać siekierą! Wrażenie to jeszcze bardziej potęguje oryginalny dubbing. Nie popełniajcie tego błędu, nie włączajcie innej wersji. Angielskiego słucha się nieprzyjemnie przez, uwaga… rosyjski akcent. Paradoksalnie. Czysty rosyjski > angielski rosyjski.

Tak, wierzcie lub nie, ale zależnie od języka zmienia się postrzeganie danej postaci. Wpływ na to ma nie tylko błędne tłumaczenie, ale nawet jej głos – zależnie od niego różnie odbieramy jej charakter. Dlatego właśnie zmiana aktorów między częściami działa na odbiorcy bardzo negatywnie. Niestety zdarza się to nierzadko, a odświeżonego bohatera ciężko zaakceptować.

W przypadku niedopasowanych głosów posłużę się serią Final Fantasy, której, notabene, wersje językowe są bardzo nierówne. Przyjrzyjmy się więc najnowszej, piętnastej odsłonie, mającej zadebiutować w tym roku.

Porównanie wersji językowych FF XV, czyli jak nie dobierać głosów do postaci

Przyznam, że do tej pory nie mogę uwierzyć w to, jak dubbing w grach, nawet tych zachodnich, potrafi zostać skopany. Niechlubnym wzorem niech będzie angielski podkład w „piętnastce”. Noctis to chyba jakiś żart – chłopak ma kilkanaście lat, nie kilkadziesiąt! Skąd ten niski ton? Wygląda to mniej więcej jak wywiady ze sławnymi lektorami, bo ma się wrażenie, że ten człowiek tylko rusza ustami, a ktoś inny podkłada pod niego głos. Włączcie sobie jakiś reportaż z Tomaszem Knapikiem lub Maciejem Gudowskim. Zabawna sprawa.

Wracając – z epizodu demo, który został nam zaprezentowany już jakiś czas temu wynika, że jedynie angielski Gladiolus jakoś brzmi. Kwestie wypowiadane przez Prompto zostały wyraźnie zmodyfikowane. Wiąże się to z tym, że Azjaci mają wysokie głosy i w przypadku seiyū (japońskich aktorów głosowych) nie raz zdarza się, że pięćdziesięcioletni aktor dubbinguje świeżo upieczonego licealistę. U Europejczyków i Amerykanów nie jest to takie powszechne.

Dubbing w grach czy oryginał zawsze jest najlepszy

Najbardziej jednak w angielskiej wersji językowej ucierpiał Ignis, brzmiący niczym arogancki bufon. Mamoru Miyano dodaje tej postaci klasy i elegancji. Choć nie wiadomo, jak zachodni dubbing wypadł całościowo, wniosek jest tylko jeden – w Final Fantasy XV trzeba grać po japońsku!


Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę…

Czyli przypadki, gdy różne wersje językowe brzmią tak samo dobrze! Tak, takie też istnieją. Czy mogą być lepsze od oryginału? Nie powiedziałabym. Ale jak najbardziej mogą mu dorównać.

Ależ klimat! Ciarki przechodzą po całym ciele

Grzechem byłby dla mnie brak Baldur’s Gate w tym zestawieniu. Jak na dubbing w grach, polskie głosy w legendarnym RPG-u wcale nie wypadają tak naturalnie i nie stoją na wysokim poziomie aktorskim. Ale są magiczne i mają „to coś”, czego nie ma oryginał. Szkoda, że nikt nie wziął pod uwagę stworzenia polskiej wersji językowej w przypadku Pillars of Eternity. Jestem pewna, że dzięki temu grałoby się o wiele przyjemniej.

Jednym z tytułów, w które wolę grać w innym języku, niż oryginalnym, jest Final Fantasy XIII. Dlaczego? Pod względem aktorskim obie wersje stoją na tak wysokim poziomie, że nie mogłabym do niczego się przyczepić. Tu brane jest pod uwagę już jedynie dopasowanie głosów do postaci, o którym wspominałam wcześniej. Dla mnie tym razem angielski zwycięża nad japońskim. Ali Hillis jako Lightning oraz Troy Baker jako Snow – innej opcji nie przyjmuję.

W przypadku FF XIII obie wersje językowe są tak samo dobre. Tu pozostaje już tylko kwestia gustu

Również polski dubbing w The Last of Us prawie nie odstaje od oryginału! A to wszystko za sprawą Anny Cieślak, grającej niezwykle naturalnie i doskonale odwzorowującej emocje bohaterek, którym użycza głosu. Choć nie do końca potrafi nim modulować, słuchanie jej to czysta przyjemność. Usłyszeć ją mogliśmy również w trzeciej części Wiedźmina, gdzie wcielała się w postać Ciri.


Dobrego aktora głosowego ze świecą szukać

Niestety, mimo że Annę Cieślak wprost uwielbiam, jej głos jest bardzo powtarzalny. Jeśli polskie studia zaczną zatrudniać ją częściej, odniosę chyba wrażenie, że wyskoczy mi z lodówki. A wtórować jej będą Boberek i Pazura.

Z brakiem wystarczającej liczby aktorów zmaga się naprawdę sporo państw. Co za dużo, to niezdrowo. Najważniejsze, to żeby nie wykorzystywać jednej osoby do kilku(nastu) ról w jednej produkcji. Wiadomo – taki zabieg jest tańszy, ale nie zawsze korzystny. Nie wiem, jak Wam, ale mi przeszkadza, gdy główny bohater rozmawia sam ze sobą…

Dość duży kłopot zaczyna z tym mieć studio Telltale Games, które zatrudnia stosunkowo mało osób w porównaniu do liczby tytułów wychodzących spod ich szyldu. Nie każdy aktor jest tak wybitnie uzdolniony, by móc podkładać głos pod kilka postaci na raz. Wielu developerów od lat ma określoną garstkę zatrudnionych ludzi. Różnica jest taka, że w przypadku gier BioWare zadajemy sobie pytanie: „kurczę, to naprawdę kolejna rola Jennifer Hale?”, a nie: „Lee, co ty tu znowu robisz?”

Jak można łatwo stwierdzić, wszystko to jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a sam dubbing w grach sięga swoją historią ery dinozaurów. Potwierdza się jedynie przekonanie, że zawód aktora głosowego jest niebywale trudny.

Jeśli macie jakieś własne sugestie co do wyboru wersji językowych, podzielcie się nimi w komentarzach.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.