Feminizm w grach na pierwszy rzut oka nie jest dziś już takim problemem, jak chociażby trzy lata temu, kiedy to miała miejsce cała afera związana z Gamergate.

Jeśli jej nie pamiętacie, nic nie straciliście. Zaczęło się pretensjami znanej feministki, Anity Sarkeesian, o uprzedmiotowienie kobiet i eksponowanie seksu w grach, następnie przeniosło na etap grożenia terroryzmem ze strony pewnego osobnika, wzburzyły się internet, prasa oraz telewizja, aż wreszcie wszyscy uczestnicy konfliktu pogubili się w tej zażartej dyskusji na tyle, że już nikt do końca nie wie, co chcieli nią osiągnąć. Dziś w mediach o Gamergate się nie wspomina, bo było zwyczajnym przerostem formy nad treścią.

Zdawałoby się zatem, że feminizm w grach nie stanowi już dla przeciętnego gracza punktu zagrożenia – większe emocje nadal budzi chociażby odwieczna wojna konsolowców i pecetowców. Odnoszę jednak wrażenie, że to ogromna bańka, która lada chwila pęknie i niedługo znów wywoła niemałe zamieszanie.

Anita Sarkeesian w programie Stephena Colberta, wyjaśniająca swoje stanowisko


Feminizm w grach, bo nie dyskutuj ze mną!

Do tej pory nie sądziłam, że sytuacje pokroju Gamergate są problemem. Ot, niepotrzebne łączenie dwóch zupełnie odmiennych sfer życia. Gry to przede wszystkim rozrywka, gry to przede wszystkim sztuka, gry to przede wszystkim poruszanie ważnych motywów, gry to przede wszystkim bezmyślna nawalanka. Gry przede wszystkim rozwijają się na przestrzeni lat. Mamy scenę niezależną, mamy produkcje AAA, gry tworzy się dla różnych przedziałów wiekowych, gry mają różne cele. Gry uczą, relaksują, rozwijają, ogłupiają. Nie wiem, jak miałabym to wytłumaczyć na jeszcze bardziej chłopski rozum. Stwierdzenie, iż każda gra ukazuje kobiety w ten sam, seksistowski sposób, to jakby powiedzieć, że każda książka o miłości powiela motyw „Romea i Julii”. Albo lepiej, że w dzisiejszych czasach książki zbyt emanują seksem, a za przykład podawać „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.

Wreszcie, odbiorcy gier doskonale wiedzą, jaki produkt ich zainteresuje. To nie jest masowa indoktrynacja, nikt nikomu nie wmawia, że kobiety są słabe. Nikt też nikomu nie wmawia, że są silne. Zdarza się, że zadaniem gracza jest uratowanie bezbronnej księżniczki, a zdarza się, że to księżniczka ratuje jego – dosłownie i w przenośni. Weźmy Heroes of Might and Magic V, gdzie królowa Izabela rusza na ratunek Nikolajowi. Zaraz za nią podąża Ellie z The Last of Us, której rola polegała na uratowaniu wraku człowieka, jakim był ojciec po stracie jedynego dziecka.

Myślę, że skoro przy graczu jesteśmy, to nastąpił odpowiedni moment na opisanie dyskusji, w jakiej brałam udział kilka dni temu. Dlaczego gracz, a nie graczka?

Bo Shepard była kobietą, czyli jak rozwija się feminizm w grach?

Smocze Dziecię? Tylko kobieta! Feminizm w grach to przyszłość!

Jestem redaktorem, a dla niektórych – redaktorką. W niniejszym tekście będziemy mówić o „niektórych”. W zeszłym tygodniu na pewnej Facebookowej grupie rozmawialiśmy o zakończeniach trylogii Mass Effect, bo te po pięciu latach nadal budzą spore kontrowersje. Stwierdziłam, że mój Shepard zawsze wybierał „czerwone”.

Rozumiecie? Jestem kobietą, a mój Shepard wybierał „czerwone” zakończenie! Jedna z grupowiczek stwierdziła, że chyba moja Shepard wybierała, bo przecież Shepard była kobietą.

Nie neguję. Zaznaczę nawet, że jeśli miałabym trylogii Mass Effect zarzucać seksizm, to stwierdziłabym, że dyskryminuje mężczyzn. Bo FemShep i Liara mają dłuższe dialogi, podczas gdy BroShepowi je skrócili. Bo FemShep ma dłuższe scenki miłosne. Bo FemShep ma kilka dodatkowych wyborów, których facetowi brakuje. Bo Aria wolała kobiety i też kobietę pocałowała namiętnie, a mężczyzna dostał wymuszonego cmoka.

Przeszłam trylogię ponad dziesięć razy i nie zdarzyło mi się grać męską postacią. Stwierdziłam, że to nazewnictwo jest zatem przyzwyczajeniem, gdyż w dziennikarstwie tak się już po prostu przyjęło. Jeżeli recenzujemy RPG-a bądź piszemy jakiś tekst publicystyczny o nim, zawsze mówimy o protagoniście płci brzydkiej. Niestety, nie możemy w języku polskim unikać tej formy czy używać rodzaju nijakiego, więc używamy męskiego. Bo, po pierwsze, wygląda ładniej, przyjemnie się odmienia. Po drugie, większość graczy to mężczyźni i jest to fakt, nie opinia.

„Wielka szkoda, że powielasz ten głupi stereotyp i nie umacniasz pozycji kobiet w dziennikarstwie i grach. Dla mnie tylko kobieca Shepard ma sens.”


Feminizm w grach, bo snajperka, komandoska, ochroniarka i filololożka domagają się swoich praw

Nie potrafię wymyślić stosownej riposty. Kroplą, która przepełniła czarę, okazało się jednak być zarzucanie mi zazdrości o członka, gdy powiedziałam, że przedstawiam się jako redaktor, nie redaktorka.

Bo Shepard była kobietą, czyli jak rozwija się feminizm w grach?

Źródło: 365 reasons to be a feminist

Przedstawiam się tak, ponieważ redaktorka brzmi dla mnie śmiesznie. Mniej śmiesznie niż sędzina, snajperka i pralka lekarka, ale nadal śmiesznie. Nie dlatego, że zazdroszczę mężczyznom pozycji w społeczeństwie, a moim największym marzeniem jest dorównanie im. Wyjaśnijmy sobie coś – ten bełkot nie ma nic wspólnego z równouprawnieniem. Żadna nazwa nie zmieni tego, w jaki sposób patrzymy na człowieka. Na szacunek to trzeba sobie przede wszystkim zasłużyć. Ponadto żadna nazwa nie zmieni tego, że jesteśmy inne. Nie gorsze i nie lepsze od mężczyzn – zwyczajnie inne.

Nie jestem fanką tworzenia na siłę żeńskich odpowiedników słów takich jak żołnierz czy doktor, a sędzina to dla mnie nadal żona sędziego” – niedawno poruszyłam ten temat w wywiadzie z Dominiką Repeczko, pracującą obecnie nad tłumaczeniem powieści z uniwersum Mass Effect: Andromeda

Oczywistą oczywistością jest, że gry różnie przedstawiają postacie kobiet, to w ogóle nie powinno podlegać dyskusji. Ba, często zdarza się w jednej produkcji spotkać z różnymi charakterami przedstawicielek płci pięknej! Uwierzycie? Najlepszym przykładem będzie tu Wiedźmin, gdzie z jednej strony mamy możliwość zbierania erotycznych kart za każdą zaliczoną dzi(e)wkę, a z drugiej… Yennefer. Istotę femme fatale, za którą Geralt i jeszcze kilku chłopa uganiało się przez połowę swojego życia.

Jest też Berserk, w którym kobiety albo są gwałcone, albo zajmują się domem i wychowywaniem dzieci, albo walczą na linii frontu…

Jest Life is Strange, w którym to właśnie zadaniem kobiety jest zapobiegnięcie tragedii i walka z przeznaczeniem. Mogłabym tu sypać przykładami jak z rękawa, ale zrobiła to już Asia w swoim artykule, gdzie opisała rolę oraz wizerunek kobiet w grach.

Bo Shepard była kobietą, czyli jak rozwija się feminizm w grach?

Czepianie się wyglądu zbroi w MMO jest równie głupie, co stwierdzenie, że włosy w anime układają się nieludzko. Należy również zaznaczyć, że taka zbroja jest opcjonalna, a w grach nie brakuje kobiet opancerzonych od stóp do głów


Feminizm w grach, bo romansów było za mało

Tym śródtytułem i powyższym obrazkiem przechodzimy do clou sprawy, jakim jest wybór. Romanse są wyborem, nie przymuszeniem. Jeśli żadna postać nie intryguje mnie na tyle, by się z nią związać, to tego nie robię. Ja wiem, że romanse potęgują immersję i są miłe, są nawet potrzebne, ale uwierzcie mi – świat się nie skończy, jeśli nikt Wam nie wskoczy do łóżka przed końcową misją.

Seksowna zbroja również jest wyborem, a jeżeli nie trafia w mój gust, zakładam inną. Faceci z kolei będą preferować negliż, bo są facetami, lubią popatrzeć. Tak to już działa i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.

Nazywaj się redaktorką, skoro chcesz, ale pozwól mi wybrać. Pozwól mi pozostać redaktorem.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.