Nadszedł czas, by nieco odświeżyć naszą serię „Gier z szafy”. Na pierwszy ogień pójdzie przygodówka Dreamfall: The Longest Journey, wydana w 2006 roku przez firmę Funcom, do której mam ogromny sentyment, bo przypomina mi czasy dzieciństwa i beztroski. Czasy, kiedy życie było proste, a mięso w sklepie kupowało się na kartki. No dobra, z tym ostatnim to żart, bo jeszcze pomyślicie, że jakimś dinozaurem jestem. A przecież nie jestem. Nie?

Czym więc jest Dreamfall: The Longest Journey? Przede wszystkim wspaniałą przygodówką (wiem, powtarzam się) point and click, łączącą w sobie elementy fantastyki i sci-fi, w której możemy cieszyć się grafiką 3D. To w sumie jest nowość, jeśli chodzi o tę serię, bowiem w pierwszej części sterowanie odbywało się wyłącznie za pomocą myszki, a grafika była dwuwymiarowa. Teraz, w Dreamfall: The Longest Journey, możemy doświadczyć tej przyjemności, jaką jest korzystanie z klawiatury podczas grania i obserwowanie świata przedstawionego w trójwymiarze. Tylko nie myślcie sobie, że sterowanie i grafika to rzeczy najważniejsze, bo najważniejsza, Drodzy Czytelnicy, jest fabuła. A ta, jeśli chodzi o serię The Longest Journey, jest niezastąpiona i absolutnie genialna.

Warto wiedzieć, że fabuła Dreamfall: The Longest Journey rozgrywa się dekadę po wydarzeniach z poprzedniej części. Teraz główną bohaterką jest Zoë Castillo, a nie jak to było w poprzedniej części – April Ryan. Uważam to za bardzo dobry krok, bo dzięki temu mamy możliwość oglądać wszystkie wydarzenia z zupełnie innej perspektywy, gdyż April i Zoë znacznie się od siebie różnią. 


Do trzech razy sztuka

A skoro już jesteśmy przy bohaterach, to może warto by było wspomnieć o tym, że gra daje nam możliwość sterowania trójką głównych bohaterów (automatycznie nas przełączając), dzięki czemu możemy zetknąć się z trzema różnymi światami, widzianymi z trzech różnych perspektyw.

Zoë Castillo to dwudziestoletnia dziewczyna, która jest niezadowolona ze swojego życia. Dni upływają jej na ćwiczeniu sztuk walki, leżeniu w łóżku (ej, to zupełnie jak mi!) i nie robieniu niczego konkretnego. Chyba po dłuższym czasie każdy byłby niezadowolony z takiego życia, nie? W każdym razie bardzo się cieszę, że miałam możliwość oglądać świat oczami Zoë, bo bardzo polubiłam tę bohaterkę. Jest przyjazna, zabawna i bardzo łatwo jest się z nią utożsamić. 

April Ryan to główna bohaterka poprzedniej części gry. Z uroczej dziewczyny stała się zadufaną w sobie babą kobietą. Z nią już ciężej było mi się utożsamić, podobnie jak z Kianem Alvane – zamkniętym w sobie apostołem po przejściach. Kurka wodna, nic na to nie poradzę, ale Zoë grało mi się najlepiej! Twórcy musieli się bardzo postarać, żeby napisać tak wyrazistą i wesołą postać.

Gry z szafy: Dreamfall: The Longest Journey

Co by tu kupić?


Dreamfall: The Longest Journey, czyli Casablanca – moja wielka miłość…

Ponoć „stara miłość nie rdzewieje”, co znaczy mniej więcej tyle, że Casablancę, cholera jasna, kocham do dziś. Te piękne budynki, żywe kolory, klimat, który otacza całe to miasteczko, to coś niepowtarzalnego… Zaraz pewnie spytacie, o co chodzi, czemu tak od dupy strony, czemu opisuję jakieś głupie miasteczko, zamiast zająć się opisem fabuły… Otóż, widzicie, Moi Drodzy…

Gra zaczyna się właśnie w tym miasteczku. Zoë Castillo wiedzie sobie spokojne życie w pięknej Casablance, choć, jak to zwykle bywa – do czasu. Pewnego dnia zostaje wplątana w ogólnoświatową konspirację i, chcąc nie chcąc – wyrusza w podróż. Najdłuższą podróż, bo przecież stąd wziął się tytuł gry. Trudno, żeby podróż po trzech światach była krótka, co nie? 

Bywa zarówno niebezpiecznie, strasznie i niepewnie, jak i również zabawnie, spokojnie. Ogromnym plusem gry jest duża liczba różnych lokacji, z którymi mamy okazję się zetknąć. Od pięknej Casablanci aż do magicznej Marcurii.

Gry z szafy: Dreamfall: The Longest Journey

Czy ten widok nie jest piękny? Czy nie czujecie podniecenia, jakie Was ogarnia na widok tego… ślicznego miasta?

Przyznajcie się, zboczuszki, że już myśleliście, że to nie o miasto chodzi, tylko o tyłek Zoë. Nie? Cholera! Następnym razem mi się uda, zobaczycie!


Wybory, wybory, wybory…

W grze mamy do dyspozycji różne opcje dialogowe, ale nie mają one większej wartości, bowiem nie wpływają znacząco na fabułę. To takie wybory, o których pisała Ola. Chociaż, tak czy inaczej, ja tam jednak lubię gry, gdzie mogę sobie trochę podecydować. Nawet, jeśli te decyzje nie mają na nic wpływu.

Gry z szafy: Dreamfall: The Longest Journey

Hmmm… co by tu wybrać?

Coś jest jednak w tym, że uwielbiamy produkcje, które dają nam możliwość wyborów – te mogą być iluzoryczne, mogą nie mieć sensu, ale najważniejsze, żeby były! W przypadku Dreamfalla język dubbingu jest ważniejszy niż decyzje, które przyjdzie nam podjąć w samej grze. Niektórzy lubią polskie wersje językowe, niektórzy nie, ale o tym więcej możecie przeczytać tutaj (klik w link). W każdym razie gra daje nam możliwość cieszenia się polskim dubbingiem! W głównych rolach występują Agnieszka Grochowska (Zoë Castillo), Edyta Olszówka (April Ryan) oraz Janusz German (Kian Alvane).

Nie jestem dobrą osobą do oceny jakości dubbingu, bo po prostu lubię tytuły, dające się słyszeć w języku polskim. Sorry, nic na to nie poradzę. Mimo wszystko uważam, że jak na tamten rok, to dubbing wypadł naprawdę profesjonalnie, a jakość dźwięków niczym nie odstawała od oryginału. Oczywiście, są czasem momenty, które brzmią dosyć sztucznie i wyglądają na niedopracowane, ale kto by się tym przejmował?


Tak na zakończenie…

Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która kojarzy mi się z Dreamfall: The Longest Journey, to wskazałabym na Wonkersa. Jak ja uwielbiałam tę fioletową małpkę!

Gry z szafy: Dreamfall: The Longest Journey

Co za pocieszny, uroczy stworek

Wonkers to taki robocik, który ma robić za małpkę. Bardzo fajny krok ze strony twórców, że wpadli na pomysł stworzenia tego uroczego robota. Uwielbiałam z nim rozmawiać!

A Wy? Jeśli graliście, to czy lubiliście Wonkersa? I jaka postać była Waszą ulubioną? Co sądzicie o Zoë? Odpowiedzi na te i na inne pytania będę szukać w komentarzach! A jeśli nie graliście, to właśnie nadszedł czas, żeby to nadrobić. No już, portfele w łapki i idziemy do sklepu!

Podziel się.

O autorze

Justyna Fajferek

Podobno wyszłam z brzuszka mamy, trzymając w jednej ręce komputer, a w drugiej pióro. Ponadto uwielbiam czarny humor, a ironia to moje drugie imię. Śmieszą mnie rzeczy, które normalnych ludzi doprowadzają do płaczu, a płaczę najczęściej nad marnością świata oraz na „Rozmowach w toku”. Zawsze muszę mieć inne zdanie niż wszyscy i zawsze chcę pokazać światu, że się myli. I zawsze mi się udaje.