Kto tu jest fanem klasycznych przygodówek? Rączki w górę! No to jedziemy dalej. Kto lubi czytać? Podnosić łapki! A kto przepada za kryminałami? Krąg zaczyna się nam zawężać. Słucham? Kobieta w roli głównej? Historia na miarę powieści detektywistycznych, które zmieniły odbiór literatury? Mamy to! Still Life!

Ale gdzie się te klasyczne przygodówki podziały? Dziś ów gatunek praktycznie jest już na wymarciu i nie bardzo rozumiem, dlaczego takich gier się nie tworzy. Strasznie za nimi tęsknię. Miło byłoby powrócić do klasyki i ewentualnie odrobinę ją odświeżyć jakimiś nowymi pomysłami. Still Life to prawdziwy skarb wśród tej klasyki. Drugiego takiego po prostu nie znajdziecie. Fabuła i klimat na miarę geniuszu Milczenia Owiec mówią same za siebie.


Still Life, czyli zabawa konwencją

Gra została stworzona w 2005 roku przez studio Microïds – zgadza się, tych ludzi od Syberii, jednej z najsłynniejszych przygodówek wszech czasów, o której nie sposób było nie słyszeć. Siedzę sobie właśnie w internecie i przeglądam rankingi najlepszych pozycji jednego z moich ulubionych gatunków i gdziekolwiek bym nie zajrzała, tam brak Still Life. Ale hej, przecież to produkcja zasługująca na podium! Przeszłam w życiu setki gier, a ta szczególnie zapadła mi w pamięć.

Gry z szafy: Still Life

Still Life, czyli Martwa Natura w przenośni

Jeżeli zwrócicie uwagę na tytuł, Martwą Naturę, od razu możecie wywnioskować, że fabuła produkcji będzie się toczyć wokół obrazów. To jeszcze raz. Martwa Natura. Tak, zgadza się. Mamy tu do czynienia z kanonem mordercy-artysty, wykorzystującego martwe ciała kobiet jako modele do swoich dzieł sztuki. My natomiast wcielamy się w rolę Victorii McPherson, młodej agentki FBI, usiłującej pana „artystę” złapać.

Uwielbiam taką może nie tyle grę słowną, ale ważność w tytule danej produkcji. Między innymi za to tak bardzo cenię sobie studio Quantic Dream. Heavy Rain? W trakcie rozgrywki non stop pada deszcz i ciągle o nim mowa – to on jest głównym bohaterem. Fahrenheit? Tam wciąż przeplata się skala pomiaru temperatury. Rozumiecie, o co mi chodzi? To niedosłowne nazwanie produkcji, ujęcie całej istoty gry w kilku słowach. Nie typowo, nie prosto z mostu. Sztuką jest wybrać odpowiedni tytuł dla takiego dzieła. Swoją drogą, Fahrenheit ze Still Life miałby dużo wspólnego, gdyby do tego pierwszego nie dodano fantastycznych wątków i nie obrócono w pewnym momencie fabuły o sto osiemdziesiąt stopni.

Gry z szafy: Still Life

Ludzie się nie zmieniają, a historia lubi się powtarzać

Już na samym początku gry zostajemy wrzuceni w wartką akcję i ciąg przyczynowo-skutkowy. Pani detektyw jest w trakcie badania jednego z pięciu tajemniczych morderstw w Chicago. Po czasie okazuje się, że identyczna sytuacja wydarzyła się w 1929 roku w Pradze, a wtedy zajmował się nią dziadek Victorii, Gustav McPherson. Sprawa jest o tyle ciekawa, że dostał on swoją grę trzy lata wcześniej – nazywała się Post Mortem. Nie wiedzieć jednak czemu, Still Life nie uznaje się za oficjalną kontynuację tego tytułu, lecz za zupełnie odrębną pozycję.

Być może ma to związek z faktem, że Post Mortem nie zostało ciepło przyjęte przez graczy i Microïds postanowiło zatuszować oraz poprawić swoje błędy w czymś nowszym, ale wciąż skupiającym się na poprzednim, dobrym pomyśle. W przygodówce z 2005 roku sterujemy zatem na przemian dwiema postaciami, a wszystko polega na połączeniu ze sobą obu spraw, by wytropić seryjnego mordercę. Warto także wspomnieć, że w tym nowszym tytule znajdują się sceny, których można było doświadczyć już wcześniej w Post Mortem.

Niestety zabawa konwencją nie zawsze wychodzi – jedną z największych wad produkcji jest właśnie trzymanie się typowego kanonu powieści detektywistycznych, mimo że znajdziemy tu również świetne zwroty akcji. Końcówka gry i rozwiązanie fabuły bardzo rozczarowują. Zasięg osób podejrzanych od samego początku był bardzo zawężony, bo bohaterów da się policzyć na palcach jednej ręki, ale plus tego jest taki, że są napisani rewelacyjnie i zaskakują swoimi działaniami. Wiadomo, w takiej sytuacji nie może nam się pojawić nowa postać i morderca znikąd. Kogoś trzeba wybrać. Nigdy nie byłam dobra w takich zagadkach i podczas oglądania filmów czy czytania książek nie miałam pojęcia, kto jest tym poszukiwanym przestępcą. Still Life to jedyna pozycja w moim życiu, w której wiedziałam to od samego początku.


Typowość do bólu i niespotykana oryginalność

Gry z szafy: Still Life

Kto uwierzy, że ta gra powstała ponad dziesięć lat temu?

Still Life wygląda i działa dokładnie na tej samej zasadzie co Syberia, można by brzydko stwierdzić, że powstała po jej odpadkach. To z pozoru przygodówka jakich wiele, ale i niewiele… Bo drugiej takiej nie znajdziecie. Gra korzysta z tego samego silnika graficznego, postacie poruszają się po dwuwymiarowych planszach, dzięki czemu dziś nadal wygląda pięknie, mimo że liczy sobie już jedenaście lat. Nawet nie wyobrażam sobie, jakie wrażenie musiała zrobić w dniu premiery.

Jeśli chodzi o nowości w warstwie wizualnej, to dodano generowane w czasie rzeczywistym cieniowanie oraz inwentarz stworzony w 3D. Możemy sobie obracać zdobyte przedmioty pod dowolnym kątem i bawić się ustawieniami kamery w celu odnalezienia śladów, które pomogą w śledztwie. Następnie należy poddać je analizie w centralnej kwaterze FBI, którą nierzadko będziemy odwiedzać. Wszystko to wydaje się skomplikowane, ale gdy przyzwyczaicie się do mechaniki rozgrywki, okaże się banalnie proste.

Fabuła jest podzielona na siedem rozdziałów, od czasu do czasu pojawiają się jakieś cutscenki, ale nie wyglądają zbyt dobrze, bo zostały stworzone w pełnym trójwymiarze. Fanów dzisiejszych przygodówek i produkcji wychodzących spod szyldu Telltale Games czy DONTNOD, czyli całej rzeszy „gra przystosowuje się od Twoich wyborów, historia zależy od tego, jak grasz” ucieszy na pewno rozbudowany system dialogowy. W zależności od obranej ścieżki rozmowy dana postać może mieć do nas zupełnie inne podejście, a dialog przybierze niespodziewany przebieg.

Still Life cenię sobie również za to, że zagadki wcale nie są trudne i przez zdecydowaną większość gry poradzicie sobie bez solucji. Nie znaczy to, że nie trzeba będzie uruchomić myślenia, ale wszystko jest bardzo logiczne i prędzej czy później dojdziecie do dobrego sposobu. Nie ma bezsensownych rozwiązań, o których nikt by nawet nie pomyślał i które nie mają sensu, jak to często bywało w klasycznych pozycjach tego gatunku.

Jak widać – nic nowego. Nigdy jednak nie zapomnę uczucia towarzyszącego mi podczas grania w Still Life. Coś pięknego. Nie byłam znudzona ani przez chwilę, nawet przez sekundę nie pomyślałam: „dobra, niech to się już kończy”. Zwykle mam tak, że chcę dany tytuł przejść jak najszybciej, bo po czasie zaczyna mnie męczyć. Tu chciałam ograć go jak najdokładniej i w stu procentach poznać historię. Uwierzcie mi, że naprawdę warto – niejeden survival horror może pozazdrościć tej grze przerażającej atmosfery i niesamowitej immersji.


Dlaczego Still Life jest martwe?

Tak właściwie to nie mam pojęcia. Może panowie i panie od marketingu sobie słabo poradzili (ewentualnie za mało im zapłacono)? W tamtych latach wcale nie dostaliśmy jakiegoś szczególnego wysypu przygodówek, które mogłyby przyćmić blask Still Life. Może wszystko za bardzo skupiło się na wcześniej wspominanej Syberii? Ale przecież jeśli dane studio stworzy hit, to jego następne tytuły powinny się lepiej sprzedawać. Spójrzcie na zależność między Knights of the Old Republic a Mass Effectem czy Heavy Rain a Beyond: Two Souls. Nie wiem, dlaczego ta produkcja dziś jest już martwa. Still Life miało cholernie rozczarowujące zakończenie, to fakt, ale po czterech latach od premiery doczekało się sequela… I to był największy błąd tejże produkcji. Lepiej urwać coś źle niż drążyć i psuć jeszcze bardziej.

Nie wierzę jednak, że za małym sukcesem przygodówki stałaby jej słaba kontynuacja. Szkoda, bo jest bardzo niedoceniana. Za mistrzostwem tego tytułu opowiada się również fakt, że w żadnym stopniu nie potrzebuje remake’a i mógłby spokojnie posłużyć za scenariusz jakiegoś dobrego filmu akcji. Jeśli wspominacie sobie jakieś gry z ubiegłej dekady, to często myślicie, że chcielibyście zagrać w wersję stworzoną współcześnie, chociażby tego KotORa.

Still Life to piękna i klimatyczna grafika, a także płynna i przyjemna mechanika rozgrywki – nic dodać, nic ująć. Po prostu brać! Tytuł dostępny jest na Steamie w cenie 7,99€, a spolszczenie można za darmo pobrać z internetu. Trzydzieści złotych za grę na tak kapitalnym poziomie? Czy ktokolwiek z Was ma jeszcze jakieś wątpliwości? Fani przygodówek od dawna są w posiadaniu tej produkcji, a ci, którzy za nimi nie przepadają, powinni zagrać i zobaczyć, że warto. Szykować portfele!

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.