Ten tytuł wzbudza respekt sam w sobie. Spróbujcie go kiedyś krzyknąć w tłumie graczy – czapki polecą z głów, gwarantuję. Final Fantasy VII to gra, która zdefiniowała gatunek jRPG. Gra, która kilkukrotnie przebiła najwyższy poziom epickości. Gra, która jest sztuką sama w sobie. I wreszcie gra, która przez wielu uważana jest za najlepszą odsłonę legendy.

Ale zacznijmy od początku. Czym jest ta legenda? Fanom cyklu Final Fantasy może wydawać się to śmieszne, ale sądzę, że jest tu duże grono osób, które nigdy nie miały z nim do czynienia.

Jeśli zatem należycie do tego grona, pewnie przytłacza Was liczba gier z serii, a jest ich w sumie… sześćdziesiąt pięć. Nie wspominając już nawet o extended universe. Bez obaw – każda część Ostatniej Fantazji to zupełnie inna historia. Mechanika rozgrywki bazuje na jednym pomyśle, ale mimo wszystko w każdej odsłonie jest zupełnie inna. Każda charakteryzuje się odrębnym światem, fabułą oraz postaciami. Jedyne, co je łączy, to niektóre rodzaje stworków, Chocobosy i japoński styl.

Dlaczego dziś zdecydowaliśmy się akurat na opisywanie Final Fantasy VII?


Final Fantasy VII – biblia dla graczy

Gry z szafy: Final Fantasy VII

„Listen to my story… This may be our last chance.” A nie, to chyba nie tu

Ano, nawiązań do Biblii jest sporo. Sam film Final Fantasy VII: Advent Children to jedna wielka alegoria chrześcijaństwa. Ale do tego wszystkiego jeszcze dojdziemy.

O co dokładnie chodzi w „siódemce” i dlaczego to właśnie ona w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach podawana jest za najlepszą odsłonę cyklu?

Bo opening Final Fantasy VII wpisał się do kanonu najbardziej rozpoznawalnych scen w historii gamingu. Bo muzyka w Final Fantasy VII wpisała się do kanonu najbardziej rozpoznawalnych ścieżek dźwiękowych w historii gamingu. Bo fabuła Final Fantasy VII wpisała się do kanonu najlepszych gier wszech czasów. Bo postacie w Final Fantasy VII wpisały się do kanonu japońskiej kultury (i nie tylko japońskiej) samej w sobie. Bo Sephiroth z Final Fantasy VII wpisał się do kanonu najlepiej złożonych antagonistów.

Bo Final Fantasy VII to niespotykany pomysł, niezwykłe poprowadzenie historii i nieziemski klimat, którego nie spotkacie w żadnej innej grze.

Gry z szafy: Final Fantasy VII

To nie Mass Effect zapoczątkował pomysł spędzenia połowy czasu gry w windach

Do dziś nikt nie ma pojęcia, o co chodzi z tymi postaciami. Mamy Clouda, o którym słyszeli wszyscy, nawet ci, którzy nigdy nie grali w żadną odsłonę cyklu. To samo tyczy się Sephirotha. Ten pierwszy to z pozoru kolejny, nieprzyjazny emo-chłopiec, który nie potrafi sobie niczego poukładać. Drugi z kolei jest zły, bo ma syndrom maminsynka i nikt właściwie nie potrafi zrozumieć, co mu siedzi w głowie. I tak sobie walczą ze sobą już od niemalże dwudziestu lat, bo Sephiroth odradza się za każdym razem, gdy w sercu Clouda pojawia się mrok.

Brzmi bardzo japońsko, sztampowo i nieciekawie. Niech Was to nie zwiedzie, bo to dopiero wierzchołek góry lodowej. Z początku też myślałam, że wygląda mi to zbyt schematycznie, ale zdecydowałam się zagrać i nie żałuję ani chwili spędzonej przy Final Fantasy VII. Warto zobaczyć to na własne oczy. Jedyny minus całej produkcji to chyba koszmarnie zaprojektowane levele – większość plansz jest tak poplątana, że dojście gdziekolwiek graniczy z cudem.

No właśnie, zdecydowałam się zagrać… dopiero kilka miesięcy temu. Aż wstyd się przyznać, ale ciągle wahałam się, czy nie powinnam najpierw ogarnąć remake’u, a dopiero później oryginału. Wiecie, dwadzieścia lat to sporo – zmieniła się grafika, mechanika rozgrywki i poziom trudności. Nie wytrzymałam, klimat „siódemki” zbyt mnie pociągał, żeby czekać na niego co najmniej przez następne dwa lata.

Co się okazało, Final Fantasy VII to jedna z najpiękniejszych produkcji, jakie było mi dane poznać, w ogóle nie czuć, że ma już na koncie tyle lat.

Dlaczego bałam się zagrać w Final Fantasy VII?

Całe szczęście okazało się, że ówczesny SquareSoft stworzył prawdziwe arcydzieło. Teraz boję się, że remake mnie zawiedzie. Tego specyficznego humoru i mechaniki rozgrywki nie da się dostosować do dzisiejszych czasów – wszystko zostanie spłycone. I nie chodzi tu o to, że muszę sobie na coś ponarzekać. Chodzi o to, że tak będzie.


Compilation of Final Fantasy VII

Tu mamy właśnie do czynienia z extended universe, które w przypadku Final Fantasy VII jest najbardziej złożone ze wszystkich pozostałych części. Powstały cztery oficjalne odsłony projektu, a poza nimi jeszcze cztery produkty poboczne i kolejne cztery nie należące do Kompilacji.

Pierwsza część – Before Crisis: Final Fantasy VII (prequel, jak sama nazwa wskazuje) – to hack and slash wydany wyłącznie w Japonii w 2004 roku na telefony komórkowe, zatem naprawdę nieliczni mieli okazję w niego zagrać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś dołączę do tego grona.

Następnie światło dzienne ujrzał film Final Fantasy VII: Advent Children. Był to rok 2005, a cztery lata później produkcja doczekała się ponownego wydania, tym razem z dodatkowymi scenami trwającymi ponad pół godziny. Akcja kinowego Finala dzieje się dwa lata po zakończeniu fabuły „siódemki”.

Gry z szafy: Final Fantasy VII

Przepiękny film z przekazem czy bezmyślna nawalanka?

Obejrzałam oba, polecam wyłącznie drugi. Oryginalna animacja nie została ciepło przyjęta przez fanów i niestety dla wielu Advent Children Complete również tego nie zmieniło. Mnie osobiście edycja rozszerzona całkowicie kupiła – nie dość, że jest to prawdziwa uczta dla zmysłów, to jeszcze posiada mnóstwo smaczków i nawiązań do pierwowzoru. Wzbudziła we mnie sentymenty i dała mnóstwo powodów do płaczu.

Rok później na PlayStation 2 wydano RPG akcji, Dirge of Cerberus: Final Fantasy VII. Fabuła gry ma miejsce trzy lata po zakończeniu oryginału i skupia się wokół jednego z członków załogi Clouda, czyli wampira Vincenta. Do dziś jakoś nie mogę się za to zabrać, bo szczerze powiedziawszy nigdy nie darzyłam tego bohatera jakąś szczególną sympatią. Dajcie znać w komentarzach, jeśli polecacie 🙂

A żeby dołożyć oliwy do ognia i jeszcze bardziej utrudnić fanom poznanie uniwersum Final Fantasy VII (a może zachęcić do kupna innych platform?), w 2007 roku pojawiła się ostatnia część Kompilacji, tym razem na PSP. Crisis Core: Final Fantasy VII.

Gry z szafy: Final Fantasy VII

Szkoda, że jeden z najlepszych Finali pojawił się jedynie na konsoli przenośnej

W Crisis Core zagrałam przed rozpoczęciem „siódemki”, jako że jest to jej prequel. Trochę tego żałuję, bo produkcja zaspoilerowała mi mnóstwo dalszej historii. To coś jak z Gwiezdnymi Wojnami – najpierw powinno się oglądać części 4-6, a później 1-3. Za pierwszym podejściem Crisis Core bardzo mi się podobało, ale teraz myślę, że prócz rewelacyjnej oprawy audiowizualnej niczego ciekawego w nim nie uświadczycie. No, może poznacie bliżej postać Zacka, który odgrywa w serii dość ważną rolę, ale cały projekt jest jedynie powtórzeniem flashbacków z oryginału.

Równie ważne co sama Kompilacja są jeszcze produkty poboczne, jak anime Last Order: Final Fantasy VII, będące powtórzeniem misji kulminacyjnej, w której brali udział Cloud, Zack oraz Sephiroth, wzbogaconym o kilka dodatkowych scen. Zostały również wydane bardzo interesujące powieści. Polecam szczególną uwagę zwrócić na trylogię On the Way to a Smile, nowelkę opisującą wydarzenia po zakończeniu „siódemki”, ale przed filmem Advent Children, oraz Maiden who Travels the Planet, czyli opowiadanie o losach duszy Aerith po tym, jak połączyła się z lifestreamem.


Dlaczego Final Fantasy VII jest uważane za legendę?

Powiadają, że gdy raz wejdziecie do Midgaru, już nigdy z niego nie wrócicie. Ja tak powiadam. Bo Final Fantasy VII to gra, o której się myśli, w którą gra się całym sobą, o której się nigdy nie zapomina, która dojrzewa wraz z nami i która aż się prosi, żeby przeżyć ją jeszcze raz. I chyba tak zrobię, bo ma kilka wyborów, wpływających w mniejszy lub większy sposób na opowiadaną historię.

Dlaczego Final Fantasy VII jest uważane za legendę? Powodów jest kilka. Z pozoru wydają się banalne. Siódma odsłona cyklu to pierwszy Final stworzony w trójwymiarze, więc przeprowadził rewolucję serii i stworzył wokół niej niemałe zamieszanie. Po raz pierwszy umiera w nim postać z głównej obsady. Po raz pierwszy mamy tu do czynienia ze światem sci-fi, a nie typowym fantasy.

Ale według mnie najważniejsze jest to, że żadna inna część nigdy wcześniej ani nigdy później nie powtórzyła tak głębokiej immersji. W Finalach piękne jest to, że każda odsłona jest wyjątkowa i każda może być ulubiona, ale żadna inna nie ma tego, co miała „siódemka”.

Gry z szafy: Final Fantasy VII

A na pewno żadna inna nie miała tak ciężkiej walki z finalnym bossem

Grę możecie nabyć na Steamie w cenie 12,99€. Warto, bo w tym wydaniu produkcja została przetłumaczona na nowo od podstaw – poprzednia lokalizacja wołała o pomstę do nieba. Masa błędów gramatycznych i składniowych to pikuś przy tym, co narobiono chociażby z imionami bohaterów. Jak wiadomo, Japończycy nie potrafią wymówić niektórych głosek, między innymi tych zawierających literę L, no i wychodzi później takie „erebeta” zamiast „elewejtor”. Tym sposobem Aerith w wersji angielskiej stała się Aeris, bo ktoś wykazał się sporą ignorancją.

Bogu dzięki, że Cloud pozostał Cloudem, a nie Kuraudem.

Także tak. Drogie dzieci, macie jeszcze miesiąc wakacji, spożytkujcie go na poznanie Final Fantasy VII. Studenciaki, jeszcze lepiej, dwa miesiące! A dorośli niech znajdą chwilę czasu wieczorami lub wzbogacą swoje potomstwo o wiedzę z zakresu najlepszej odsłony legendarnego cyklu. Wierzcie lub nie, ale fanów „siódemki” znalazłoby się więcej niż graczy Pokemon Go.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.