Co w grach tak naprawdę jest najważniejsze? W tekście o tym, jak fotorealizm wpływa na starzenie się grafiki napisałam, że na odbiór danej produkcji nigdy nie ma wpływu tylko jeden czynnik – każda część wpływa w jakiś sposób na drugą. Filozoficznie ujmując: „jedno jest wszystkim, wszystko jest jednym” 😉 Co zrobić, gdy wszystkie czynniki są spartaczone? Wtedy nadchodzi czas na „wstydliwą przyjemność”. Dziś trochę o guilty pleasure w grach.

Nigdy, przenigdy nie kierujcie się recenzjami w stu procentach. Redaktor może Wam coś zasugerować, podsunąć pewną myśl, ale nie słuchajcie go, jeżeli powie, że gra jest niewarta kupna i powinniście się trzymać od niej z daleka. To chyba jest dość jasne. Znam ludzi, którzy uwielbiają najgorsze odsłony Call of Duty, Watch Dogs, Duke Nukem Forever i masę innych według opinii publicznej beznadziejnych pozycji. I dobrze – to wcale nie powinno być wstydliwe!

Może to działać także w drugą stronę i chyba trudniej nawet wybronić swoje zdanie wtedy, gdy coś jest uwielbiane przez społeczeństwo, a mi się nie spodoba. W obu przypadkach najważniejsze jest tylko jedno. Zawsze pamiętajcie, że moje zdanie jest najmojsze. To znaczy Wasze, żeby nie było nieporozumień.


Guilty pleasure w grach robotą sentymentu

Oj, sentyment robi swoje. Guilty pleasure w grach (i nie tylko) to przede wszystkim sentymenty. Te z kolei wiążą się z mnóstwem innych rzeczy, o których będzie mowa później. Cały ten temat jest jak puzzle, każdy kawałek pasuje do drugiego.

Dziś bardzo metaforycznie, to przez ten ukrop panujący na zewnątrz.

Guilty pleasure w grach, czyli na co zwracamy największą uwagę?

Co w przypadku, gdy najgorsza odsłona serii będzie Waszą pierwszą i wciągnie Was w dane uniwersum? Pozostanie wielki sentyment!

Zacznijmy zatem od drugiego sezonu przygodówki The Walking Dead. Po zakończeniu „jedynki” czekałam na niego bardzo niecierpliwie. Zawsze uwielbiałam postać Clementine, dlatego byłam niezwykle szczęśliwa, gdy okazało się, że będzie protagonistką w sequelu Żywych Trupów (a teraz znów powraca!). Dlaczego w odróżnieniu od innych wolę sezon drugi od pierwszego? Bo z grami od Telltale jest trochę jak z serialami, być może przez ich ogólną formę, a być może przez sposób pisania scenariusza.

Skoro już jesteśmy przy uniwersum The Walking Dead, to skupmy się na nim. Z serialem działa to na dokładnie tej samej zasadzie – szósty sezon był najlepszy jak do tej pory i im dłużej oglądam, tym bardziej mi się podoba. „Dwójka” po prostu bardziej przypadła mi do gustu klimatem, lepiej grało mi się Clem niż Lee, bo bliżej mi do jedenastoletniej dziewczynki niż do trzydziestosiedmioletniego mężczyzny. Poza tym postacie wydawały mi się bardziej wyraziste, bardziej się stresowałam, no i wreszcie po raz pierwszy od 2010 roku twórcy zaserwowali nam zimę w tym świecie! Ale i tak Clem wygrywa wszystko. Najlepsza i najciekawsza dziecięca postać z gier.

Jak zatem widać, na guilty pleasure w grach wpływa czasami jeden malutki czynnik i to wystarczy, by dana produkcja spodobała się odbiorcy. Idźmy więc dalej tym tropem. Pod powyższym screenem zadałam pytanie, co w przypadku, gdy najgorsza odsłona serii będzie Waszą pierwszą? Cóż, opcje są dwie – albo ją pokochacie, albo znienawidzicie i reszty nie będziecie chcieli tknąć. Mi ta pierwsza sytuacja przydarzyła się z Resident Evil 6. Nie wiem, czy ma to związek z tym, że nigdy nie grałam w poprzednie Residenty, ale „szóstka” naprawdę bardzo mi się spodobała. Może nie byłam przyzwyczajona do starego klimatu i mechaniki rozgrywki, dlatego nie miałam jak się rozczarować? Mówią jednak, że Resident Evil 6 to gra słaba sama w sobie. I faktycznie, jest bardzo powtarzalna, ma dość specyficzne sterowanie, fabuła nie powala, ale jakoś tak… po prostu mnie kupiła.

Podobnie miałam z Final Fantasy XIII, czyli, olaboga, tą najgorszą odsłoną, która bezcześci dobre imię serii. Była to pierwsza część cyklu, w którą zagrałam, więc jakkolwiek zła by nie była w porównaniu do swoich poprzedniczek, to nadal mam do niej wielki sentyment. Gdyby nie ona, nie poznałabym tej wspaniałej sagi. A poza tym to nie uważam, że była zła! Jak wiadomo, „trzynastka” uchodzi za najbardziej liniową część. To prawda, przez całą grę chodzimy wąskimi korytarzami bez żadnych rozgałęzień.

Ale! Posłuchajcie tego: nasi bohaterowie stali się l’Cie, czyli są bardzo nienawidzeni przez społeczeństwo, myślą, że nie ma już dla nich nadziei i muszą podążać ścieżką wyznaczoną im przez okrutne przeznaczenie. Po czasie zrozumieją, że sami są kowalami własnego losu i nic ich nie ogranicza, nawet to piętno, którym zostali naznaczeni. W tym momencie akcja gry przenosi się do otwartego świata. No proszę, nie mówcie mi, że nie widzicie tej pięknej metafory. Cudo. Właśnie za to uwielbiam Final Fantasy XIII.

„Make my wish come true, let darkness fade to light…”

Show me there’s still hope, show me it’s not over Ekhem. Wracając. Liniowość nie przeszkadzała mi ani trochę, to była świetna gra na wieczory, gdy nie miałam ochoty zbytnio się skupiać, po prostu szłam przed siebie. Do tego dochodzą przepiękne projekty lokacji, świetnie napisane postacie (choć przez wielu nienawidzone) i bardzo przyjemny system walki, również taki niewymagający, a dający możliwość kombinacji i sprawiający sporo frajdy. Poza tym, muzyka… Muzyka z „trzynastki” jest tak niesamowita, że nie potrafię jej opisać słowami. Do dziś mam ciarki i płaczę na niektórych kawałkach.

Produkcja ma trzynaście rozdziałów, do tej liczby ogólnie jest bardzo dużo odniesień, między innymi w Lightning Returns mamy trzynaście dni do końca świata. Okej, fabuła była przerostem formy nad treścią, żeby nie użyć tu innego słowa, zwłaszcza w kolejnych odsłonach trylogii, ale najważniejsze, że ja czerpałam przyjemność z gry, nie ktoś inny! Mimo że większość serii mam już za sobą, do dziś Final Fantasy XIII uważam za najlepszą odsłonę. Bezguście? Guilty pleasure w grach tak działa.


Guilty pleasure w grach? O gustach się nie dyskutuje!

A o czym, jak nie o gustach? Uwierzcie mi, że z pozoru totalne crapy mogą dać komuś niezwykłą radochę albo pomóc w trudnej sytuacji życiowej, pomóc odnaleźć własne Ja. Pseudofilozoficznie, ale naprawdę tak jest. Nawet te najgorsze produkcje mają swoje grono fanów i nie ma w tym niczego złego. Odwrotną sytuację do powyższych miałam z Assassin’s Creed III oraz Unity. Tym razem nie można mi zarzucić, że gra mi się podoba, bo nie miałam styczności z lepszymi, wcześniejszymi częściami – jestem wielką fanką tego uniwersum. I tak właściwie to lubię wszystko na opak. Większość graczy przepada za „jedynką” i nienawidzi „trójki”, podczas gdy ja do Altaïra wolę nie wracać, a zakończenie trylogii Desmonda uwielbiam.

Dlaczego? Tu przede wszystkim znowu liczy się klimat, okres historyczny i protagonista, z którym się utożsamiam. Czasami z danym dziełem mamy coś takiego, że musi po prostu trafić w odpowiedni moment w naszym życiu. Kilka razy przydarzyło mi się odrzucić coś za pierwszym podejściem, a kilka lat później zakochać się od pierwszych minut. Być może Assassin’s Creed III też po prostu trafiło w taką dobrą chwilę. Albo złą, jak kto woli spojrzeć 😉

Guilty pleasure w grach, czyli na co zwracamy największą uwagę?

Jedyne, co zarzuciłabym The Order 1886, to zbyt małe napisy – granie na konsoli było prawdziwą udręką

Było sobie również The Order 1886. Przy tej pozycji popełniłam ogromny błąd i, o ironio, posłuchałam się kilku(nastu) recenzji. W końcu kupiłam na jakiejś przecenie, bo nie było w co grać i bardzo miło się rozczarowałam. Tytuł studia Ready At Dawn jest z jednej strony banalny i niczym się nie wyróżnia, ale bardzo przypadł mi do gustu. Ma ciekawe postacie, niestety nie posiadające żadnego backstory, ale można spędzić trochę czasu na analizie ich charakterów. Ich osobowości zapadają w pamięć, niestety imiona nie – poza Galahadem i Lafayettem nikogo nie kojarzę.

Bardzo miło się grało, tu mamy do czynienia znów z cudownym i wybijającym się z szeregu klimatem i powalającą na kolana grafiką… Ludzie narzekali, że The Order 1886 jest bardziej jak film niż gra. Nawet jeśli poniekąd mają rację, to według mnie ta filmowość jest jego zaletą. Świetny tytuł nie dla każdego. Czy zasługuje na miejsce w liście „guilty pleasure w grach”? Cóż, prawdę powiedziawszy, nic nie zasługuje. Nie ma się czego wstydzić.

Kolejną grą, którą mogłabym dopisać do moich wstydliwych przyjemności, jest The Cave. Świetnie spędzało mi się przy niej wieczory, była bardzo relaksująca, ze świetnym humorem i piękną grafiką w stylu Yesterday, żyć nie umierać. Nie rozumiem, dlaczego jest tak bardzo nielubiana. Niezasłużenie! Chciałabym więcej takich ciekawych platformówek. Obecnie ogrywam Limbo, bo jakiś czas temu rozdawali za darmo na Steamie i jest tak samo relaksujące jak The Cave. To znaczy w przypadku mechaniki rozgrywki i zagadek logicznych, bo klimat bynajmniej nie odpręża… Nabawiłam się przez to arachnofobii.

Guilty pleasure w grach, czyli na co zwracamy największą uwagę?

The Cave to świetny tytuł na spokojne wieczory, niestety bardzo niedoceniany


Guilty pleasure w grach: mała rzecz, a cieszy

Jak już wspominałam wcześniej, wystarczy sobie znaleźć jedną jedyną rzecz, która sprawi, że dana produkcja Was zauroczy. Niech to będzie muzyka, klimat, grafika, jedna postać lub cokolwiek, nie musi być to nawet nic konkretnego. Jakiś czynnik, którego nie jesteście w stanie opisać słowami – on po prostu jest.

I nie wstydźcie się bronić własnego zdania! To nic, że pozycja, która non stop zbiera fale krytyki, jest Waszą ulubioną. To nigdy nie znaczy, że macie zły gust. Jest wręcz na odwrót – jeżeli potraficie rozsądnie uargumentować, dlaczego dany tytuł jest dobry, to świetnie o Was świadczy, ponieważ oznacza, że myślicie nieszablonowo i nie musicie mieć wszystkiego podanego na tacy.

A teraz najważniejsze – jakie są Wasze guilty pleasure w grach?

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.