Przeglądając naszą grupę redakcyjną, zobaczyłem wpis od Pani Naczelnej: „kto chce przygarnąć Inner Voices – przygodówka w klimacie horroru, inspirowana twórczością Lovecrafta, Poego i Kinga”. Po chwili namysłu odpowiedziałem iście złożonym komentarzem: „biere”. I nie żałuję!

Na początku muszę przyznać, że pierwsze chwile z grą były dla mnie dosyć chłodne. Tytuł uruchomił się bez żadnego intra (pomijając ekrany z logiem twórców) czy wstawki początkowej. Od razu pojawiło się menu główne z możliwością zaczęcia nowej gry, kontynuacji starej, opcjami i wyjściem do „windy”. Pomyślałem sobie wtedy: „oho, się ładnie zaczyna”. Wdusiłem przycisk „Nowa gra” i… wsiąkłem.


Kim jestem? Czym jestem?

Gra opowiada historię Johna Blake’a, który trafił do surrealistycznego wymiaru, przypominającego czyściec czy też inne Limbo. Niestety nasz bohater cierpli na amnezję, więc nie wiemy, jak się dostaliśmy do danego świata ani nawet kim nasz protagonista jest. Z pomocą przychodzi nam zjawa o swojskim imieniu – David, która zaczyna prowadzić Johna po labiryncie lokacji. W trakcie podróży nasz bohater musi zbierać specjalne runy, które są odpowiednikami różnych wspomnień z życia Johna. Celem gry jest odkrycie wszystkich wspomnień i dowiedzenie się, kim jest nasz bohater i co sprawiło, że musi błądzić w dziwnym wymiarze. Ciekawym jest to, że zakończeń gry jest więcej niż jedno, tak więc historia Johna może Was zaskoczyć nie raz.

Proceduralnie tworzony świat, lekka nuta horroru i gęsty klimat – tak prezentuje się Inner Voices

Tajemniczy David, którego postać będzie też ciekawym twistem fabularnym

Pomysł na fabułę jest kliszowy do bólu, ale jego przedstawienie przez studio Fat Dog Games zostało rozegrane w bardzo smaczny sposób. Panowie zgrabnie zaczerpnęli z twórczości mistrzów pokroju Lovecrafta czy Kinga. Nie jest to może czerpanie pełnymi garściami, ale na pewno twórcy wiedzą, jakim uniwersom się kłaniają. Na każdym kroku możemy natknąć się na różnego rodzaju runy czy symbole, które od razu przywołują nawiązanie do mitologii Cthullu. Reszta gry (ciężki klimat czy losowa lokacja za każdymi drzwiami) to bardzo ciekawe zapożyczenie z wytworów wyobraźni mistrza Poego czy mini-serialu Rose Red, którego scenariusz powstał z ręki Kinga. Jak to powiedział klasyk – jeśli naśladować, to najlepszych. Fat Dog Games trzyma się tej zasady kurczowo i chwała im za to.


W labiryncie ludzkich spraw

W tym miejscu warto wspomnieć o głównej formie rozgrywki Inner Voices. Świat gry został podzielony na pokoje, które zostały wyizolowane od siebie drzwiami, ozdobionymi znakami runicznymi Przekroczenie takich drzwi przenosi nas do odpowiedniej lokacji. I tutaj zaczyna się zabawa – lokacje te są wybierane losowo. W związku z tym przechodząc przez jedną parę drzwi kilkukrotnie, dostaniemy się do zupełnie różnych lokacji. Wyjątkiem są kluczowe miejsca, w których gracz musi wykonać konkretne czynności, bez których fabuła nie ruszy do przodu, na przykład zadanie w kościele czy wspomnienie w jednostce wojskowej. Pozostałe miejsca, a jest ich w bazie gry aż 50, są dobierane zupełnie przypadkowo przez grę. Sprawia to, że z każdym podejściem do tytułu pojawia się pewien element losowości, który miło uatrakcyjnia zabawę.

Proceduralnie tworzony świat, lekka nuta horroru i gęsty klimat – tak prezentuje się Inner Voices

Laleczka zerkała za mną cały czas. Uznam to za komplement!

Gdy już zawitamy do danego pokoju, czeka na nas kilka zagadek do rozwiązania. Poziom łamigłówek nie jest raczej wyśrubowany, a chwila zastanowienia się pozwala szybko dojść do właściwego rozwiązania. Z pomocą przychodzi tutaj też fizyka gry, na bazie której większość puzzli jest oparta. Dlatego też zazwyczaj musimy przenieść jakiś przedmiot, zrobić sobie prowizoryczną drabinę czy znaleźć odpowiednią rzecz. Za każdą wykonaną łamigłówkę dostajemy runę (czarno-zielony klocek), który wędruje do naszej kolekcji wspomnień. Run tych jest tyle, ile liter alfabetu, a więc jest co zbierać. Prócz klocków z magicznymi znakami na zebranie czeka kilkanaście notatek, zawierających strzępy historii związanych z naszym protagonistą.


Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Jak przystało na horror, Inner Voices zawiera kilka elementów, które powodują szybsze bicie serca. Zazwyczaj są to zwykłe jolt scare’y, którym towarzyszy głośniejszy dźwięk. Sęk w tym, że to nie one wywołują największe obawy u gracza. Potęguje to mroczny, przytłaczający klimat, który oblepia gracza, jak ciemne macki. Przez całą grę towarzyszy nam uczucie niepewności i dezorientacja. Do tego dochodzi udźwiękowienie, które na słuchawkach powoduje lekkie dreszcze. Złowrogie pomruki, nieokreślone szumy, dalekie wrzaski czy płacze – to wszystko sprawia, że gracz czuje się mocno nieswojo. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że tytuł od Fat Dog Games jest przerażający. Czasami będzie nam towarzyszyć szybsze tętno, ale na pewno dalecy będziemy od zawału. Ot, poczujemy przyjemne mrowienie dreszczyku na plecach.

Proceduralnie tworzony świat, lekka nuta horroru i gęsty klimat – tak prezentuje się Inner Voices

We’re just hanging around

Wspominając temat udźwiękowienia, warto delikatnie rozszerzyć myśl o kilka minusów. O ile dźwięki otoczenia zostały nagrane z dużą pieczołowitością, o tyle same dialogi i dubbing to zwyczajna katorga. Każdy z lektorów błyszczy umiejętnościami jak gwiazdy brane do takich przebojów filmowych, jak „Dlaczego ja?” czy „Szkoła”. Poziom aktorstwa wzbija się tutaj na wyżyny umiejętności. Szkoda, że są to raczej krawężniki niż góry.

Podobnie sprawa ma się z grafiką gry, która razi w oczy. Patrząc na screeny czuję się po prostu lekko oszukany. Na stacjonarnym obrazie faktycznie można doszukać się przyjemnych dla oka kresek. Jednak gdy to wszystko wprowadzi się w ruch, jest już gorzej. Pochwalić na pewno należy twórców za skorzystanie z silnika, który pozwolił przenieść tytuł w świat trójwymiarowy. Szkoda jednak, że nie starczyło zapału na dopracowanie tekstur, które lubią przez siebie przechodzić i są po prostu niskiej jakości. Biorąc jednak pod uwagę „indycze” pochodzenie gry, można ten aspekt wybaczyć. Zwłaszcza, że w Inner Voices można trafić na kilka fajnie zrobionych aspektów graficznych. Głównie jednak wszystko wiąże się z fizyką i ruchem przedmiotów w trójwymiarze. Dodatkowo tytuł lubi się wywalić co jakiś czas do Windowsa czy po prostu źle dograć lokacje, ale zrzucę to na kark przyszłych patchy, które na pewno w grze się pojawią.


Jest dobrze

Patrząc jednak na Inner Voices jako całość, nie można tytułowi odmówić oryginalności i dobrego, rzemieślniczego wykonania. Tytuł jest bardzo przyjemną wariacją na temat horroru, gry przygodowej i „rogalika”. Posiada swoje wady w postaci crashów czy drewnianego aktorstwa, ale nadrabia to znakomitym klimatem, zaczerpniętym z twórczości największych reprezentantów gatunku czarnych powieści.

Nie można też pominąć faktu, że gra została zrobiona stricte pod zestaw VR. Bardzo możliwe, że korzystając z Oculus Rift czy HTC Vive doznania z gry byłyby u mnie jeszcze lepsze. Niestety musiałem zaspokoić się standardowym zestawem mysz + klawiatura. Nie zmienia to faktu, że grę oceniam bardzo dobrze. Po pierwszym, mylnym wrażeniu i wgryzieniu się w tytuł, można dokopać się naprawdę do przyjemnego wnętrza, które najlepiej smakuje na zimno. A potem wystarczy się delektować i odkrywać coraz to nowe smaczki. Bon Appétit!

7.6 Warto

Plusy:
+ lepki klimat mistrzów: Lovecrafta, Kinga i Poego
+ oprawa dźwiękowa
+ zabawa z fizyką
+ kilka możliwych zakończeń gry

Minusy:
- kiepska oprawa graficzna
- drewniani aktorzy
- jak na horror - niestraszna
- lubi się „crashnąć”
- na początku może dezorientować

  • Grafika 7
  • Audio 7
  • Grywalność 8
  • Cena/Jakość 8
  • Ogólne wrażenia 8
  • Ocena użytkowników (0 głosów) 0
Podziel się.

O autorze

Łukasz „MiqT” Mitka

Gracz, amator dobrej animacji, kina wszelkiego, smacznej książki oraz… wieczne dziecko. Człowiek lubujący się w ciekawych dyskusjach, często idący na przekór wszystkim. Posiadacz bardzo specyficznego poczucia humoru, dzięki czemu skutecznie segreguje grono swoich znajomych. A tak ogólnie to misio do rany przyłóż.