Jesteśmy świeżo po najnowszej adaptacji kultowej już mangi Ghost in the Shell. Za nami kolejna gra z uniwersum Berserka, ukazująca po raz enty sławny The Golden Age Arc. Premiera filmu Death Note na Netfliksie odbędzie się 25 sierpnia. Na domiar (złego) niedawno zapowiedziano serial Assassin’s Creed. Coś poszło mocno nie tak.

W maju minionego roku zastanawiałam się, gdzie się podziały nowe marki gier wideo – dlaczego świeży tytuł to coś tak rzadko spotykanego w dzisiejszych czasach? Jaki jest sens wydawania dziesiątek części danej serii, choć żadna z nich nie ma już ze sobą nic wspólnego? Minął niecały rok, a ja zauważyłam odnogę tego problemu, czyli ukazywanie tej samej historii za pomocą kilku różnych mediów. O ile po przemyśleniu jestem w stanie zrozumieć sens tego zabiegu, o tyle uważam, że twórcy sami zaczynają się w tym gubić. I wcale nie robią tego po to, by ułatwić nam życie.


Japoński przypadek

Jakiś czas temu znudzona usiadłam sobie wygodnie przed telewizorem, włączyłam PS4 i wyruszyłam na poszukiwanie skarbu, a dokładniej darmowych gierek lub wersji demonstracyjnych. Po kilkunastu minutach widzę – Arslan Senki. Oglądałam serial animowany, był specyficzny, ale intrygujący. Uwaga, w tym momencie nasza „fabuła” zaczyna się plątać – Arslan Senki jest grą na podstawie anime z 2015 roku. Anime powstało na podstawie mangi Arakawy Hiromu (autorki sławnego Fullmetal Alchemist) z 2013 roku. Manga Arakawy została narysowana na podstawie powieści Yoshiki Tanaki z 1986 roku. A w międzyczasie powstała jeszcze jedna seria animowana. Nadążacie?

Książki na podstawie filmów na podstawie gier na podstawie... Dlaczego wciąż dostajemy to samo, ale w innym opakowaniu?

Jaki jest sens wydawania tej samej historii po kilka razy?

Analogicznie stało się ze Sword Art Online – mamy Hollow Fragment, grę z 2014 na podstawie serialu, serial z 2012 na podstawie komiksu z 2010, a komiks na podstawie powieści z 2009. Każde z nich w jakiś sposób inaczej przedstawia opowiadaną historię, w końcu gra inaczej oddziałuje na zmysły użytkownika niż książka. Prawdopodobnie właśnie w tym tkwi clue sprawy – aby każdemu umożliwić odbiór danego dzieła w taki sposób, jaki odpowiada mu najbardziej.

I nie byłoby w tym nic złego, bo przecież mamy Berserka (oryginał: manga z 1989 roku – na jej podstawie powstały filmy animowane, seriale i gry) czy Attack on Titan (manga z 2009, pociągła za sobą filmy, seriale, gry i powieści), które spotkały się z bardzo podobnym poszatkowaniem na różne media i wyszło im to na dobre. Nie dość, że dzięki temu zyskały większe grono odbiorców, to jeszcze każda z adaptacji dodała czegoś dobrego do oryginału – nawet najnowsza seria telewizyjna Berserka (2016), choć zmieszana z błotem, posiada klimatyczny i uwielbiany przez absolutnie każdego utwór Oh, Ashes.

Książki na podstawie filmów na podstawie gier na podstawie... Dlaczego wciąż dostajemy to samo, ale w innym opakowaniu?

Historię Bandy Jastrzębia znam już na pamięć – do „szczęścia” brakuje mi tylko nierysowanego filmu lub książki

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie zaczyna się…


Zabawa w głuchy telefon

Mimo że japońskimi przykładami mogłabym sypać jak z rękawa i niesamowicie zastanawia mnie, z czego to wynika, to nie tylko mali skośnoocy wpadli w pętlę niekończącej się opowieści. Zachodni rynek także wprost uwielbia odświeżać i poprawiać wszystko, co zostało już przedstawione naście razy – amerykańskie rebooty klasyków są bardzo intrygującym zjawiskiem. Od starych baśni po kultowe mangi. Znowu: jestem w stanie zrozumieć cel tego zabiegu. Rozumiem, dlaczego z filozoficznego Ghost in the Shell powstało kino akcji z domieszką romansidła, Death Note przestanie być detektywistycznym thrillerem, a Śpiąca Królewna czy Piękna i Bestia potrzebują nowej wizji. Rozumiem, że twórcy chcą dostosować klasykę do nowszych czasów i opowiedzieć ją swoimi słowami.

Widzę w tym mimo wszystko coś, co mnie przeraża i nie mam na to żadnego wpływu – spłycenie, by odbiór dzieła był prostszy, by nie męczył. Zatracanie oryginalnego przekazu na rzecz unowocześnienia. Zabrzmię jak dinozaur, ale świętokradztwo, bo niektórych dzieł ruszać się po prostu nie powinno. Raaaaaagh!

Takie upraszczane to naturalna kolej rzeczy. Niedawno na jakimś blogu przeczytałam wpis autora, który stwierdził, że nie potrafi już pisać, bo nie miał w ręce długopisu od kilku dobrych lat (pomijając podpisy dla kuriera, umów itp.). Moja pierwsza reakcja? PRZERAŻAJĄCE! Ale może jednak to po prostu ta naturalna kolej rzeczy? Żeby żyło się łatwiej?

A może ludzie stają się mniej wymagającymi odbiorcami i łykną każdy gniot, który się im poda na tacy, byle ładnie wyglądał, a przekazu sam z siebie może mieć tyle, co na lekarstwo? Ja również piszę coraz brzydziej i coraz wolniej, a wieczór z filozoficznym Ergo Proxy zawsze kończy się dla mnie nieplanowanym zaśnięciem. O czym to świadczy? Gdy wynaleziono druk, ludzie bali się, że staniemy się przez to zacofani i aspołeczni. Te same obawy pojawiły się, gdy na rynku zagościły telewizory i internet. Spójrzcie jednak, ile dobrego to wszystko przyniosło. Może dzięki zaniku pisma ręcznego komunikujemy się szybciej i prościej, może nie powinniśmy się bać rzeczy, na które nie mamy wpływu?

Książki na podstawie filmów na podstawie gier na podstawie... Dlaczego wciąż dostajemy to samo, ale w innym opakowaniu?

Czy z biegiem lat stajemy się mniej wymagającymi odbiorcami?

Czy widzieliście w Mass Effekcie jakąkolwiek notkę zapisaną ręcznie?


Dla przypomnienia historii Ezia sięgnę po… książkę?

Książki z uniwersum Assassin’s Creed są idealnym wyjaśnieniem na zakończenie tego tematu. Czytaliście jakąkolwiek pozycję Olivera Bowdena? Ja miałam to nieszczęście. Powieści, które być może widzieliście kiedyś na półkach znanej księgarni, po prostu opisują przebieg gry, nie są żadnym spin-offem. To jest gra w formie książki. Staram się to zrozumieć – być może gracz chciałby sobie przypomnieć historię danego tytułu (człowiek niezaznajomiony z grą po tę książkę przecież nie sięgnie) i w tym celu woli spędzić kilka godzin nad powieścią niż kilkadziesiąt przy grze.

Książki na podstawie filmów na podstawie gier na podstawie... Dlaczego wciąż dostajemy to samo, ale w innym opakowaniu?

Dla kogo są książki z serii Assassin’s Creed?

Problem w tym, że to nadal jest zabawa w głuchy telefon. Książka nie przekaże emocji w ten sam sposób, w jaki zrobi to gra – i odwrotnie. Jeśli gra jest zrobiona na podstawie książki, to żeby przypomnieć sobie jej historię, zasięgnę do książki ponownie. Jeśli książka została napisana na podstawie gry, to żeby przypomnieć sobie jej historię, zasięgnę do gry. Sytuacja porównywalna do dubbingu, który może być dobry, bardzo dobry, nawet nieziemski.

Ale to oryginał zawsze będzie najlepszy, bo najbliższy myśli autora.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.