Dzień dobry, nazywam się Bartek, mam 31 lat, od 16 gram w RPG-i. Nie chodzi mi tu o te wirtualne, jak Mass Effect czy Elder Scrolls, tylko takie tradycyjne – z kartami postaci, ołówkami, kośćmi i mistrzem gry. Głupie? Dziecinne? Może. W końcu oglądanie, jak dwudziestu facetów biega za piłką jest taaaaakie dorosłe.

Dobra, ja nie o tym, bo już dawno przywykłem do sytuacji, w których opowiadając rówieśnikom o swoich hobby widzę pobłażliwy uśmieszek i pukanie się w głowę. Zamiast tego będzie trochę historii, technologii, no i dobrej zabawy.


Trochę historii

Stoicie na wzgórzu, przyglądając się leżącej u jego stóp osadzie. Widać mężczyzn wracających z pola, z kominów snuje się dym, a dobiegający waszych nozdrzy zapach zwiastuje rychły posiłek. Grupa dzieci biega za psem wokół chat. Jesteście głodni i zmęczeni, a także bez grosza przy duszy.

– Co robicie? – Pada pytanie od GM’a

Są tam jacyś strażnicy albo wojownicy? Mieszkańcy wyglądają na potrafiących walczyć? – Pytamy z kolegą.

Nie ma, a lokalni to prości chłopi. Raczej nie potrafią walczyć. – Odpowiada GM trochę niepewnie, czując co się zbliża.

To szarżujemy na wioskę, wybijamy wszystkich i grabimy ich dobytek!

Tak wyglądała nasza pierwsza sesja RPG w Warhammer Fantasy Roleplay. Już słyszę te zaniepokojone głosy o tym, że takie gry wyzwalają siedzącego w każdym młodym człowieku zabójcę. Do tego też się przyzwyczaiłem, także nawet komentować nie będę. Szczególnie, że chodzi o coś innego – o pełną, prawdziwą, ograniczoną tylko wyobraźnią gracza, swobodę. Właśnie ta swoboda spowodowała, że zakochałem się w klasycznych RPG od pierwszego wejrzenia.

Gry komputerowe, jak bardzo nie byłyby otwarte, mają swoje ograniczenia wynikające ze scenariusza, mechaniki, czy silnika. Nawet w Skyrim, grze dającej graczowi bardzo duże możliwości, nie możemy zrobić wszystkiego. Te problemy znikają, kiedy mysz i klawiaturę zamienimy na kartkę papieru i kości. Możemy być wtedy kim chcemy i robić co chcemy. I to jest właśnie w tym najpiękniejsze.

O trzech takich, co grali w RPG-i

Kości + papier + coś do pisania + odrobina wyobraźni = świetna zabawa (fot.: http://www.obsoletegamers.com)

Przez tych 16 lat byłem już chyba każdym. Sympatyczny halfling Horacio Hornblower większość czasu spędzał na graniu na mandolinie i jedzeniu kiełbasy, podczas gdy jego kompani walczyli ze Skavenami. Wulfgar – krasnoludzki Zabójca Trolli o jakże niekrasnoludzkim imieniu robił wszystko, by zmazać plamę na swym honorze. Hess – sankcjonowany psyker o wielkiej mocy, który palił całe światy w imię Imperatora i jego Inkwizycji, by na końcu prawie dopuścić do zagłady całego sektora.

Hida Yoshimitsu, mnich klanu Kraba z Legendy Pięciu Kręgów, potrafiący nie tylko przyłożyć, ale też dać życiową radę. Andrzej Zaremba – może biedny, ale szlachcic, kobieciarz i samozwańczy mistrz szabli, który swoją zuchwałość przypłacił szpecącą twarz blizną od kozackiego cięcia. Nathan Fly, taki Han Solo, ale w świecie Firefly – skąpy, cyniczny, ale o dobrym sercu, „ten portfelik nie jest bez dna”, zwykł mawiać do swoich ludzi. Skrywana latami tajemnica prawie pozbawiła go załogi. W końcu najświeższa postać, Gavin Antares, były łowca niewolników, którego zaczęło gryźć sumienie i teraz walczy dla formującego się Sojuszu Rebeliantów.

Mógłbym tak długo, pewnie osobny tekst by z tego wyszedł, bo pamiętam chyba każdego bohatera, w którego się wcielałem, a każdy z nich to osobna historia. Jedni byli ze mną dłużej, inni krócej, tylko jak te wszystkie opowieści się zaczęły?

Jak większość – banalnie, bo w szkole. Konkretnie to na muzyce. Była to chyba pierwsza lekcja w liceum, wszyscy przestraszeni, nikt się nie zna, każdy wstydzi się zagadać. Żeby rozwiać krępującą ciszę, nauczycielka postanowiła zapytać wszystkich, jakiej muzyki słuchają. Kiedy przyszła moja kolej, wymieniłem zespoły i kompozytorów, którzy aktualnie gościli w moim walkmanie. Jednym z nich był John Williams i ścieżka dźwiękowa z Gwiezdnych Wojen. Na tym się skończyło, bo zadzwonił dzwonek i wszyscy udali się na przerwę.

O trzech takich, co grali w RPG-i

Kto by pomyślał, że to przez niego zacząłem swoją przygodę z grami RPG (fot.: http://www.cinematicfilmblog.com)

Później, kiedy podczas rzeczonej przerwy siedziałem na ławce próbując wyglądać „cool” i wtopić się w otoczenie, podszedł do mnie jakiś gość z mojej nowej klasy i burknął: Ej, bo mówiłeś, że lubisz muzykę Williamsa. A samego Star Warsa też lubisz? No pewnie! – odpowiedziałem bez chwili wahania. – A co myślisz o Epizodzie Pierwszym? Też wkur… cię Jar Jar Binks? Tak zaczęła się trwająca do dziś przyjaźń z człowiekiem, na którego wszyscy wołaliśmy (i nadal wołamy) Wasyl.

Tylko co to ma wspólnego z moim zamiłowaniem do gier fabularnych? Otóż Wasyl grał. Wszyscy wtedy graliśmy, ale on grał też w RPG-i „Pencil & Paper”. Szybko zebraliśmy ekipę, stworzyliśmy postacie i zaczęliśmy GRAĆ. Na początku, oczywiście, popularny „Młotek” – mechanika była prosta, świat nieskomplikowany, w sam raz na start.

Graliśmy gdzie się dało i kiedy się dało. W domach, w szkolnej kafejce, na obozach, na przerwie, po lekcjach, zamiast lekcji – wszędzie. Każdy z nas nosił w plecaku kostki i karty postaci, bo nigdy nie wiesz, gdzie dopadnie Cię ochota na SESJĘ!

Bardzo szybko do Warhammera dołączały nowe systemy. Legenda Pięciu Kręgów, Zew Cthulhu, Wampir: Maskarada, Gwiezdne Wojny, Dzikie Pola, Firefly, czy Dark Heresy. Nawet Fallouta próbowaliśmy, choć trzeba go było trochę zmodyfikować, bo zasady i mechanikę miał ciężkie. Jednocześnie następowały inne zmiany – odgrywane przez nas postacie zyskiwały osobowość, charakter, czy własny bagaż doświadczeń, czasem inspirowany tym, co sami przeżyliśmy. W końcu lata leciały, a my nadal spotykaliśmy się, żeby pograć. Nie byli to już anonimowi bohaterowie, stworzeni tylko po to, żeby „pomachać mieczem”. Każdy miał swoją historię, często tworzoną całymi dniami i skrupulatnie spisywaną na papierze. Podobnie, jak każda postać ewoluowała, wydarzenia z jej „życia” wywierały wpływ na postrzeganie świata. Bywało, że ktoś zaczynał jako otwarty na ludzi, lekko naiwny młokos, a kończył będąc starym cynikiem.


Trochę technologii

Jak to w życiu bywa, szkoła się skończyła i niektórzy poszli w świat. Tak też było w naszym przypadku – część ekipy została w Szczecinie, ja wyjechałem na studia do Warszawy, gdzie już zostałem. To dosyć ostro ograniczyło nasze możliwości, jeśli chodzi o wspólne granie. Jasne, spotykaliśmy się, ilekroć wracałem do rodzinnego Szczecina, ale sesje kilka razy w tygodniu zmieniły się na kilka razy w roku.

O trzech takich, co grali w RPG-i

Okno na świat dla polskich internautów z początków XXI wieku (fot.: Wikimedia Commons)

Pamiętajcie, że w roku 2003 powszechny dostęp do Internetu w Polsce nie był czymś tak łatwym, jak dziś. Moje pierwsze „stałe łącze” to była Neostrada ledwo wyciągająca 128 kbit/s z jakimś śmiesznym, miesięcznym limitem kilku gigabajtów. Za mało na Skype, czy wykorzystanie kamery internetowej. Dlatego zostały nam tak naprawdę wakacje i ewentualnie przerwy świąteczne, które wykorzystywaliśmy do granic możliwości.

Oczywiście czasy się zmieniają, technologia idzie do przodu, także dziś możemy bezproblemowo grać, mimo dzielącej nas odległości. Jak to robimy? Zaczynaliśmy standardowo – kamera plus Skype, co choć spełnia swoją rolę, ma też pewne ograniczenia. Przez sam komunikator nie można przesłać na przykład mapy lokalizacji, albo inaczej – można, lecz nie da się jej edytować w czasie rzeczywistym. Puszczanie nastrojowej muzyki bez kombinowania też jest trudne. Skype nie ma też możliwości używania w nim zewnętrznych aplikacji, jak na przykład do rzucania kośćmi. To wszystko powodowało, że każdy musiał mieć otwartych kilka okien: komunikator, przeglądarka z aplikacją do rzucania kośćmi, podręcznik, kartę postaci, odtwarzacz muzyki… Trochę to niewygodne.

Jak to jednak mówią, gdzie jest chęć, tam i sposób się znajdzie. Dlatego po intensywnych poszukiwaniach trafiliśmy na coś, co idealnie spełniało nasze wymagania. Roll20, bo o nim mowa, to nic innego, jak wirtualny stół dla graczy z całego świata. Narzędzie o tyle wygodne, że uniwersalne – da się grać w każdy system. A jak to działa?

O trzech takich, co grali w RPG-i

Nasz setup. Monitor mały, bo poprzedni nie wytrzymał próby Dark Souls

Zaczynamy od stworzenia konta, tutaj są dwie opcje: darmowe i płatne. Wersja darmowa daje dostęp do podstawowego stołu, po którym można rysować, albo umieścić na nim stworzoną przez siebie mapę, a także rzutów wirtualnymi kośćmi, możliwości korzystania z przygotowanych przez społeczność kart postaci, czy dołączania do trwających już gier bez żadnego limitu. Opcje płatne to dodatkowo możliwość tworzenia własnych kart postaci, dostęp do API, większe możliwości personalizowania gry, czy opcja przenoszenia postaci i zasobów między poszczególnymi rozgrywkami. Poza tym aplikacja oferuje obsługę kamer internetowych, tradycyjny czat oraz ten głosowy, chociaż lepiej spisuje się tu Skype.

Kiedy założymy już konto, od razu możemy zacząć zabawę. Jedna z osób przyjmuje rolę mistrza gry i jednocześnie ją tworzy, umożliwiając pozostałym dołączenie. Naszym oczom ukazuje się „stół”, po którym każdy może rysować, a GM „rozłożyć” na nim mapę. Do tego mamy wspomniany już czat, gdzie nie tylko widać, co kto pisze, ale pojawiają się też wyniki rzutów, także oszukiwać się nie da 🙂

Kośćmi „rzucamy” albo używając specjalnej aplikacji, w której wybieramy liczbę i rodzaj kości, oraz ewentualne bonusy i sposób liczenia wyniku, albo za pośrednictwem polecenia /roll bezpośrednio w czacie. Dodatkowo można też tworzyć makra ułatwiające nietypowe rzuty, albo przypisane do danej cechy, na przykład inicjatywy, siły itp.

Poza tym gra za pośrednictwem Roll20 nie różni się od takiej tradycyjnej. Nadal jedna osoba opowiada, pozostałe reagują, rzuca się kośćmi i wspólnie tworzy niesamowite historie. Inne są tylko warunki – każdy siedzi przed komputerem w swoim mieszkaniu, a pozostałych ogląda na monitorze i słyszy w słuchawkach.


Trochę Dużo dobrej zabawy

Chyba najbardziej zapadł mi w pamięć przytaczany w pierwszej części Hess – psyker ze świata Warhammer 40000 i gry Dark Heresy. Zaczynał jako carte blanche, co było zamierzone i miało stanowić pewien eksperyment. Pojęcie tabula rasa znane jest chyba wszystkim, a chodzi w nim o to, że człowiek rodzi jako „niezapisana tablica”. Dopiero w miarę zdobywania nowej wiedzy, czy doświadczeń tablica zapełnia się, kształtując tym samym osobowość.

Oczywiście ciężko jest zaczynać grę od okresu niemowlęcego, dlatego założyliśmy, że Hess stracił pamięć w wyniku sankcjonowania. Jedyne, co mu zostało to nazwa planety, z której pochodził. Przez ponad 200 lat trwania kampanii (a trzy prawdziwe) obserwował otaczający go świat, uczestniczył w jego życiu, a od pewnego momentu wpływał na jego losy. Odnosił sukcesy i porażki, był sędzią i katem nie tylko dla pojedynczych osób, ale całych planet, czy układów. To wszystko zapełniało czystą kartę jego umysłu, z niepewnego, przerażonego swoją mocą człowieka czyniąc go bezdusznym, a nawet okrutnym, instrumentem woli Imperatora. Poszedłem nawet krok dalej – drugi gracz, z którym dzieliłem tę przygodę, z wiernego sojusznika stał się wrogiem i zagrożeniem. Zaczęło się knucie, spiski, rzucanie kłód pod nogi i podkopywanie autorytetu. Ten z resztą nie pozostawał dłużny i w pewnym momencie trwała między nami otwarta rywalizacja.

O trzech takich, co grali w RPG-i

Wasyl, poza świetnym prowadzeniem gry, potrafi też rysować. Tutaj nasza ekipa z Dark Heresy (fot.: http://wasylij.deviantart.com/)

W pewnym momencie rozwój postaci wymknął mi się spod kontroli i Hess zaczął nie tylko ocierać się o herezję, ale kilka razy jej się dopuścił (a był wysoko postawionym członkiem Inkwizycji). Na sam koniec natomiast nieomal nie unicestwił całego sektora, w imię obsesyjnej już pogoni za zakazaną wiedzą.

Hess był moją najtrudniejszą, ale też najbardziej satysfakcjonującą postacią. Najtrudniejszą dlatego, że musiałem jak nigdy się w nią wcielić, często działając wbrew sobie i świadomie ignorując to czego ja, jako żyjący w prawdziwym świecie człowiek, już doświadczyłem. A satysfakcjonującą dlatego, że mi się udało. Nie ukrywam jednak, że pod sam koniec byłem już tym wszystkim zmęczony i miałem zwyczajnie dość. Nie tylko dlatego, że wcielałem się w kogoś, kim nigdy bym nie był w prawdziwym życiu, ale też dlatego, że ciągła rywalizacja i spiski między mną a partnerem były po prostu trudne. Nie pomagał też fakt, że sam świat „Czterdziechy” jest bardzo ciężki i brutalny.

Właśnie to jest piękne w klasycznych RPG-ach, a czego nie dadzą mi nawet najlepsze wersje komputerowe – mam prawdziwą, pełną swobodę. To ja decyduję, w jakim kierunku pójdzie odgrywana przeze mnie postać i nie ograniczają mnie w tym scenariusz, czy wizja autorów. Dlatego też, choć mam już swoje lata, nie zamierzam przestawać i mam nadzieję, że za dwadzieścia lat napiszę podobny tekst, zaczynając go słowami: Dzień dobry, mam na imię Bartek, mam 51 lat i od 36 gram w RPG-i…

Podziel się.

O autorze

Niektórzy mówią, że tata zamiast czytać książki, na dobranoc grał z nim w pierwsze Prince of Persia. To nieprawda – robił obie te rzeczy, stąd zamiłowanie zarówno do czytania jak i gier komputerowych. Szczecinianin z urodzenia, Warszawiak z wyboru, żeglarz z miłości, a palacz – bo tak. Laureat prestiżowego konkursu „Zbierz 24 punkty i zamień prawo jazdy na bilet miesięczny”. Na portalu odpowiada między innymi za uspokajanie naczelnego. „Spokojnie, Andrzejku. Wyklepie się”, zwykł mawiać.