Nowy rok wita nas z otwartymi ramionami i jak zazwyczaj o tym czasie zatrzymuję się na parę chwil, spoglądając za siebie z łezką w oku i gestem pożegnalnym, tak dzisiaj mam ochotę czym prędzej pobiec w stronę jego uścisku. Nie był to zły rok per se. Nie był on też specjalnie wybitny. Był to rok po prostu nijaki…

…z jednym małym przejawem błyskotliwości.


Gra roku: THE LEGEND OF ZELDA: BREATH OF THE WILD

Nie będę w tej kwestii aż nadto oryginalny, gdyż podobnie jak inni, mający w tym roku zaszczyt z Zeldą się spotkać, zostałem nią wprost oczarowany od pierwszych minut. Przyznaję, że spory wpływ miała na to niegasnąca tęsknota za Wind Wakerem, jednakże im dalej „w dzicz”, tym coraz śmielej ukazywała swoje własne piękno i mądrość. Breath of the Wild to nie tylko nowa odsłona kultowej serii, ale zarówno pozycja redefiniująca pojęcie otwartego świata, na sukces której złożyły się dosłownie pojedyncze elementy, drobiazgowo przemyślane i z rozmysłem zaimplementowane. To tytuł wzorcowy, ukazujący bolączki i marnowany potencjał, jakie gnębią znaczną większość produkcji osadzonych w tym gatunku. I, niestety, jest to też tytuł, który nie przebije się do świadomości większości graczy (a przynajmniej polskich graczy) z jednego, prostego powodu – wyłączność na Nintendo Switch.


Zaskoczenie roku: RESIDENT EVIL VII

Zdecydowanie, bez namysłu. Zupełnie nieprzekonany kampanią promocyjną ani specjalnie przygotowaną wersją demonstracyjną, RE7 do czasu premiery był mi całkowicie obojętny. Co więcej – całą serię w kategoriach horroru spisałem już dawno na straty, a nadchodząca wówczas „siódemka” jawiła się w moim spostrzeżeniu jako leciwy substytut nieodżałowanego Silent Hills. W jakże wielkim byłem błędzie! Capcom z gracją postawił swoją flagową markę na nogi powrotem do gęstego klimatu spowitego zaszczuciem i tajemnicą, sprawdzonej mechaniki oraz interesujących lokacji. Absolutny must-have dla wszystkich miłośników straszaków gore, koniecznie z PlayStation VR na głowie.


Rozczarowanie roku: ELECTRONIC ARTS

Podsumowanie roku 2017 według Teddy'ego: rok nijakiej jakości

Zasadniczo to rozczarowany jestem wyłącznie własną naiwnością, żyjąc w przekonaniu, iż Electronic Arts nie będzie w stanie upaść jeszcze niżej po każdorazowym awansie firmy jako „kupy roku”. Cóż, gratulacje za pobity rekord – cały szambowóz właśnie podjeżdża pod bramę.

Pośpieszanie niedokończonych produkcji, zamykane studia i w końcu niesławne mikrotransakcje – EA dało w bieżącym roku sporo amunicji do szerzenia kwasu w branży, wzrastającej już nawet do rangi satyry. Ja natomiast mam zamiar traktować problem poważnie i piętnować tego typu praktyki, bo o ile jestem w stanie zrozumieć, iż jest to po prostu zwykła korporacja nastawiona stricte na zysk, o tyle traktowania mnie, zarówno gracza i klienta, jak idiotę, już wybaczyć nie mogę. Wymagać czegokolwiek od Elektroników również już nie zamierzam. Współczuję jedynie twórcom ich gier, których nieodżałowany talent, pasja i poświęcenie runęły pod salwą jadu.


Najbardziej oczekiwana produkcja: RED DEAD REDEMPTION 2

Najbardziej oczekiwane gry” to zarazem najbardziej niewdzięczna kategoria, z jaką przychodzi mi się mierzyć z roku na rok, a to dlatego, że na ogół czekam na wszystko, co owego czekania jest warte. Dóbr na przyszły rok zapowiedziano cały wór (z czego chyba większość wypełniają exclusive’y Sony), aczkolwiek postanowiłem się nie rozdrabniać i po uprzednim rachunku sumienia zdecydować na to jedyne. W przeciwieństwie do całej reszty, gdzie ewentualną zwłokę jestem w stanie wybaczyć, Red Dead Redemption 2 to pozycja, która obowiązkowo musi zawitać na moim dysku w dniu premiery. Nie dość, że łata olbrzymią dziurę w sercach wielbicieli westernów, to jeszcze kontynuuje jednego z najwybitniejszych sandboksów wszech czasów. Zresztą, wyznacznik jakości, jaki stanowi logo studia Rockstar, mówi sam za siebie.


Podsumowanie

Kończący się rok zamykamy biblioteką z wysokim procentem gier dobrych. Dobrych, ale mało oryginalnych, niewychodzących przed szereg, rozwodnionych tasiemców i produkowanych raczej z zamysłem bezpiecznej inwestycji. Gier dobrze nam już znanych, ogranych, nijakich.

Pozostały procent natomiast to dwie skrajności – totalny chłam niewart jednego spojrzenia oraz prawdziwe perełki, które gdyby nie rynek japoński i kilka ryzykownych decyzji, w ogóle nie miałyby racji bytu. Tych ostatnich niestety bez trudu można się doliczyć na palcach jednej ręki.

2017 to także czas umysłowej regresji. Pomijając już wspomnianą chciwość i zakłamanie ze strony wydawców, to wzajemne ujadanie niezrozumiałą dla mnie nienawiścią pośród samej społeczności graczy (skala i jej zażartość stała się bardzo niepokojąca) sprawiło, że internet paradoksalnie zatoczył koło w swojej prymitywności.

Podziel się.

O autorze

Tadeusz Kubica

Moja przygoda z branżą zaczęła się dosyć niewinnie, bo od zasłużonego „Komandora 64”, żółtego śrubokręta leżącego obok i kasety obracającej się w magnetofonie. A później to już była bezgraniczna miłość, przez lata przeplatana na przemian fascynacją, rozczarowaniem i nadzieją. Idąc dalej przed siebie, w oczekiwaniu na kolejne doświadczenia, a zostawiając za sobą dozę nostalgii, bardzo często lubię zaliczyć „skok w bok”, kuszony licznymi doznaniami kina i muzyki.