Poprzednią część możecie przeczytać tutaj.

Ruszamy z nowym cyklem powieści, której bohaterem jest największy detektyw naszych czasów, obdarzony niezwykłą zdolnością do wpadania we wszelkie możliwe tarapaty, potrafiący zarazem odnaleźć się w każdej sytuacji. Tym detektywem jesteście właśnie Wy. Wszyscy razem i każdy z osobna.

Raz na dwa tygodnie (a jeśli Wam się spodoba, to nawet raz na tydzień) będziecie mieli okazję głowić się nad rozwiązaniem sprawy nietypowego morderstwa, mając wpływ na dalsze losy bohaterów. To od Was będzie zależeć choćby to, gdzie rozgrywać się będzie akcja, kto zginie, jakie dowody pojawią się na Waszej drodze… To Wy podejmujecie wybory. A każdy wybór będzie rodził konsekwencje.


Czas zaufania

– Nie mam powodu, by panu wierzyć. Ale też nie mam powodu, by nie wierzyć. W zaistniałych okolicznościach zaproszę pana na kawę, herbatę i tosty. Wygląda na to, że sporo ma pan do opowiedzenia, a wiadomo, że jak Polak głodny, to zły.

Czujesz się jak skończony idiota, wpuszczając tego człowieka do domu i oferując mu swoje tosty – największy delikates, jaki jesteś w stanie przyrządzić. Receptura niezmienna od czasów studenckich; ponadczasowa, niezawodna.

Zaparzasz gościowi herbatę, sobie zaś kawę. Gdy chleb przyjemnie skwierczy w tosterze, Sergiusz rozpoczyna swój wywód:

– Otóż, jak już wspominałem, detektyw Makowski spotkał się z pańską żoną; lub, jeśli pan woli, pańska żona spotkała się z detektywem Makowskim – Trysza robi efektowną pauzę, ale nie widząc planowanego efektu, kontynuuje – zeszłego wieczoru około godziny dziewiętnastej. Gdy pan zajmował się przeszukiwaniem gazet nieuchwytnej od roku Sylwii – bo już pan chyba o niej wie – pańska małżonka wraz z żywym trupem zasiadła do kolacji w „Rączym Jeleniu”, tej szykownej restauracji na rogu Głębokiej i Mickiewicza. Proszę pana, co tam można zjeść! Co za dania! Godzinami można się zajadać takimi rarytasami, jak plastry delikatnej sarniny owiniętej w laurowy liść, zanurzony w…

– Do rzeczy, detektywie – zniecierpliwiony przerywasz przemowę Tryszy. – Nie potrzebuję pańskich kulinarnych rekomendacji.

Powieść paragrafowa, cz. 5: „Czas zaufania”

– Oczywiście, proszę się nie niecierpliwić. Każda dobra opowieść wymaga odpowiedniego wstępu.

– Bez kulinariów, jeśli łaska.

– Tak więc pańska żona z przejęciem wsłuchiwała się w monolog pana Makowskiego, który spłoszony był jak trusia i wydawał się nie reagować na wdzięki pańskiej żony. A to z kolei wydaje się nad wyraz podejrzane, gdyż małżonka cechuje się przymiotami iście…

– Trysza.

– Tak, tak, tak. Rozmawiali około godziny, jeśli rozmową można nazwać monolog przerywany zdawkowymi wtrąceniami drugiej strony, po czym wsiedli do butelkowozielonej Skody i odjechali przed siebie. Uprzedzając pańskie pytanie – Trysza upija łyk stygnącej w zastraszającym tempie herbaty i przechyla poufale głowę – nie mogłem pojechać za nimi, rozumie pan, obowiązki. Ale za to zrobiłem im zdjęcie, gdy wychodzili – detektyw sięga do wewnętrznej kieszeni płaszcza i podaje ci zdjęcie. – Może je sobie pan zatrzymać, jeśli wola.

Powieść paragrafowa, cz. 5: „Czas zaufania”

Patrzysz na swoją zatroskaną i przejętą żonę, wychodzącą pod rękę z nieznajomym. Czym się martwiła? Dlaczego spotkała się z tym mężczyzną? I skąd w ogóle wiedziała o jego istnieniu? I dlaczego on w ogóle żyje?! Każde z pytań odbija się w twojej głowie głębokim echem, a odpowiedź nie nadchodzi z żadnej strony. A skoro nie nadchodzi, postanawiasz powiększyć pulę pytań.

– Skąd pan o tym wie? Dlaczego mi pan o tym wszystkim mówi? Jaki jest pański cel? I czemu pan nie reaguje, jeżeli tyle pan wie?

– To pańskie śledztwo, detektywie – Trysza wydaje się kpić. – Jestem tu tylko osobą postronną, obserwatorem; postanowiłem jednak panu pomóc, bo miota się pan jak gołąb po strychu. Cel, cel, cel, hmmm… Wydaje mi się, że nie mam wyższego celu w całej tej sprawie. Chciałbym tylko, by pan się z tym w końcu uporał, bo i ja mam wokół tej sprawy sporo roboty, niekoniecznie związanej z panem, a muszę przyznać, że trochę mi pan przeszkadza. Nawet wtedy, gdy nie jest pan tego świadom.

Sergiusz dopija herbatę i poszarpuje połowicznie zimnego już tosta. Patrzysz na jego spokojne ruchy i przymknięte oczy. Kto to jest, do cholery?

– Będę się już zbierał, panie detektywie – Sergiusz wstaje, strzepuje z siebie okruszki chleba i wyciąga do ciebie rękę. – Powodzenia w sprawie. Gdyby pan jeszcze czegoś potrzebował, proszę się nie krępować. Moją wizytówkę znajdzie pan w skrzynce na listy – byłem przekonany, że mnie pan nie wpuści, więc przygotowałem się zawczasu. Zaskoczył mnie pan. Widocznie nie wiem jednak tak dużo, jak bym chciał.

– Niczego o panu nie wiem. Skąd pan się wziął, dlaczego pan tak dużo wie, czego pan chce – patrzysz na wyciągniętą ku sobie rękę. – Nie uścisnę dziś panu dłoni, ale wdzięczny jestem za informacje. Widocznie jest pan znacznie lepszym detektywem niż ja.

– Ho, ho, pochlebca. Tego też się po panu nie spodziewałem.

Wymieniacie zimne spojrzenia. Rozmowa przebiegała w miarę przyjaznej atmosferze, czuć jednak było napięcie między wami. I nieufność. Miałeś wrażenie, że groźny drapieżnik przechadza się po twoim terenie i chce uwić sobie w nim gniazdko.

– Żegnam pana – mówisz po chwili. – Jeszcze raz dziękuję za informacje.

– Już raz mnie pan żegnał, detektywie – odpowiada Trysza. – Proszę nie ufać sobie aż tak. Do widzenia.

Powieść paragrafowa, cz. 5: „Czas zaufania”

Gdy tylko zamykasz za gościem drzwi, nalewasz sobie szklankę whisky i wypijasz ją duszkiem. Alkohol przyjemnie rozgrzewa wnętrze, powoli odsuwając od ciebie poczucie zagrożenia i niepewność związaną z okropną świadomością niedoinformowania. Obcy ludzie wiedzą więcej od ciebie. Własna żona wie więcej. Wszyscy coś robią, odkrywają, działają; tylko ty miotasz się jak ten Tryszowski „gołąb na dachu” i boisz się już pytać, gdyż każde pytanie rodzi dziesięć kolejnych. Hydra.

Wzdychasz i sięgasz po oprawioną w antyramę okładkę gazety sprzed roku. „Gniew Lasu” jeszcze nie miał szans zaistnieć. Patrzysz na swoją uśmiechniętą twarz, mrugającą do ciebie spod ogromnego nagłówka krzyczącego „DETEKTYW WSZECH CZASÓW”.

– Ta, wszech czasów – mruczysz do siebie. – Dupa nie detektyw.

Antyrama z wielkim hukiem rozsypuje się na dziesiątki ostrych kawałków, gdy rzucasz ją z wściekłością o ścianę. Oddychasz głęboko, by się uspokoić. Trzy dzwonki wybrzmiewają, nim w ogóle się orientujesz, że dzwoni telefon.

Powieść paragrafowa, cz. 5: „Czas zaufania”

– No proszę, żonka – rzucasz do siebie i wciskasz zieloną słuchawkę, zmuszając się do normalnego tonu. – Cześć, kochanie, kiedy będziesz w domu? Mam tosty.

– Musimy się zobaczyć – rozgorączkowany głos twojej żony natychmiast niszczy cały wysiłek głębokich oddechów. – Jest parę rzeczy, którymi muszę się z tobą podzielić. Natychmiast. Czekam w „Rączym Jeleniu”.

– Co się stało? Nie możesz po prostu przyjechać do domu?

Odpowiada ci piknięcie rozłączonej rozmowy. Nie pozostaje ci nic innego, jak tylko ruszyć na miejsce spotkania. Dzwonisz po taksówkę, ale bateria w telefonie rozładowuje się po pierwszym sygnale. Przeklinasz w duchu i patrzysz na zegarek. „Rączy Jeleń” nie jest tak daleko stąd, ale nie jest to też spacerek. Jak się tam wybierzesz?

1. Mimo wypitego alkoholu, rozgorączkowania i gniewu, postanawiasz wsiąść do samochodu. Musisz być na miejscu natychmiast.
2. Wypijasz jeszcze jedną szklankę whisky i wybierasz się na miejsce spotkania na piechotę. Skoro żona ma przed tobą tajemnice, to nie będziesz na jej każde zawołanie. Niech czeka.
3. Wybiegasz z domu na autobus i liczysz na to, że nie jeździ raz na godzinę. Nie znasz rozkładu, nie poruszasz się po tym mieście komunikacją miejską. Tak po prostu będzie najrozsądniej.

Podziel się.

O autorze

Uwielbiam górskie wędrówki i leśne spacery. W chwilach tak wolnych, jak i bardzo szybkich czytam książki i zatapiam się w niezmierzone światy gier komputerowych. Jestem ciekawy świata i staram się go tak poznawać, jak i tworzyć.