Poprzednią część możecie przeczytać tutaj.

Ruszamy z nowym cyklem powieści, której bohaterem jest największy detektyw naszych czasów, obdarzony niezwykłą zdolnością do wpadania we wszelkie możliwe tarapaty, potrafiący zarazem odnaleźć się w każdej sytuacji. Tym detektywem jesteście właśnie Wy. Wszyscy razem i każdy z osobna.

Raz na dwa tygodnie (a jeśli Wam się spodoba, to nawet raz na tydzień) będziecie mieli okazję głowić się nad rozwiązaniem sprawy nietypowego morderstwa, mając wpływ na dalsze losy bohaterów. To od Was będzie zależeć choćby to, gdzie rozgrywać się będzie akcja, kto zginie, jakie dowody pojawią się na Waszej drodze… To Wy podejmujecie wybory. A każdy wybór będzie rodził konsekwencje.


S.R.

Deszcz bębni po blaszanych daszkach klatek schodowych, a kałuże powiększają się z każdą chwilą. Gdy rozmawiałeś z Tryszą, nie zauważyłeś nawet, jak szybko zmieniła się pogoda za oknem. Przeklinasz w duchu baterię w telefonie i brak rozważnego działania; parasol leży grzecznie na półce w przedpokoju. Biegniesz przez mokre ulice w kierunku jedynego znanego ci przystanku na osiedlu, bez żadnej gwarancji złapania jakiegokolwiek autobusu w stronę „Rączego Jelenia”.

Latarnie zapalają się powoli, choć granica między popołudniem a wieczorem zatarła się wraz z nadejściem ulewy. Gdy udaje ci się w końcu dotrzeć na przystanek, z ulgą przyjmujesz jego podniszczone zadaszenie. Po rozkładzie jazdy, niestety, pozostała tylko wypalona dziura. Przekleństwo znów ciśnie ci się na usta, jednak powstrzymuje cię szybko zbliżająca się postać. Czerwony płaszcz nakryty mokrymi kasztanowymi włosami wskakuje z gracją pod daszek.

Powieść paragrafowa, cz. 6: "S.R."

– Czy była już siódemka?

– Dopiero przybiegłem, nie mam pojęcia – odpierasz, przyglądając się czynionym przez kobietę wysiłkom odgarnięcia z twarzy zmokniętych włosów. – Dokąd jedzie siódemka?

– W stronę cmentarza, ale mija tę knajpę, „Rączego Jelenia”. Mam tam spotkanie od dziesięciu minut – dodaje niepytana. – Ma pan apkę MPK?

– Telefon padł mi tuż przed wyjściem z domu.

– To nic, ja mam – kobieta wyjmuje telefon z kieszeni płaszcza i spogląda wreszcie na ciebie. – To pan! Ale niespodzianka!

– To ja? – dziwisz się. – Ludzie mnie zazwyczaj nie kojarzą, chyba że z branży…

– Tak? To taka branża, gdzie nie poznaje się po twarzy? – uśmiecha się. – Kojarzę pana ze sklepu osiedlowego, zawsze kupuje pan chleb tostowy i mleko.

Czar znanego detektywa prysnął równie szybko, jak się pojawił. Brunetka sprawdza aplikację z lekko kpiarskim uśmiechem, po czym informuje:

– Powinien być za minutę, jeśli minutę temu nie odjechał. Jestem Ela.

Uściskasz podaną dłoń i już masz zacząć rozmowę, gdy jej telefon zaczyna dzwonić. Rozszczebiotała się na dobre i rozmawia do czasu, aż przyjeżdża autobus, a także całą drogę do restauracji. Rozłącza się dopiero, gdy wchodzicie razem do „Rączego Jelenia”.

– Miło było z panem porozmawiać! – rzuca z uśmiechem na odchodne i biegnie w stronę zniecierpliwionego mężczyzny zajmującego przyokienny stolik. Twoje myśli wnet odbiegają od dziwnego spotkania, gdy zauważasz żonę; wciśnięta wraz ze stolikiem w kąt niecierpliwie obgryza paznokcie. Pędem dobijasz do stolika.

Powieść paragrafowa, cz. 6: "S.R."

– Jesteś wreszcie! – przelotny uśmiech nie rozjaśnia jej przerażonych oczu. – Nie ma czasu na wyjaśnienia. Wczoraj przyszedł do ciebie jakiś detektyw, wysoki i żylasty. Nie było cię, ale zgodził się zostawić wiadomość. Tylko że zajęło mu to ogrom czasu.

– I pewnie dlatego wylądowałaś z nim tutaj – twoje zainteresowanie ustępuje miejsca zdenerwowaniu. – Dlaczego o niczym mi nie powiedziałaś?

Żona wzdrygnęła się lekko, osaczona oskarżycielskim tonem.

– Przepraszam cię, ja w ogóle nie wiem, co się tu dzieje… Znikasz na całe dnie, nasze mieszkanie nachodzą jacyś dziwni ludzie, o postępach w sprawie nic mi nie mówisz. Skoro ty nie chcesz się ze mną dzielić, to i ja z tobą nie będę – hardo podnosi głowę, lecz natychmiast zmienia ton. – Posłuchaj, nie chcę się teraz kłócić. Jesteś w niebezpieczeństwie. Ten detektyw, Myrkowski czy Mąkalski… Nie pamiętam nazwiska; w każdym razie prosił, żebym ci przekazała, że Sylwia Rawieńska nie istnieje.

Wytrzeszczasz na nią oczy, po czym śmiejesz się dobrotliwie.

– Co ty wygadujesz. Oczywiście, że jest prawdziwa, czytałem o niej niejedną gazetową wzmiankę.

– Ten detektyw powiedział, że tak powiesz. To tylko pozory. Tak samo jak on się ze mną spotkał, choć w gazetach stoi jak byk, że zaginiony. To gra. Ktoś sobie z tobą pogrywa. I pogrywał z poprzednimi ludźmi, zajmującymi się tą sprawą. Wszystkich was wyprowadził w pole.

Powoli trawisz zaskakujące rewelacje. Jeśli to prawda, to morderca od dawna cię obserwuje i zręcznie wodzi za nos. Podsuwa poszlaki, gra na emocjach. Masz tylko jednego kandydata na to stanowisko.

– Trysza! Wiedziałem, że coś z nim jest nie tak!

– Ten detektyw mówił, że chciano go zabić tuż po wpadnięciu na właściwy trop. Udało mu się uciec i od tamtego czasu się ukrywa, choć, jak twierdzi, lekko nie jest. Mordercy depczą mu po piętach.

– Mordercy?

– Uważa, że zabójca w pojedynkę nie dałby rady dokonać takiej masakry i bawić się tyloma osobami naraz. To musi być grupa.

– Nie wydaje mi się. Za to uważam, że nagły powrót Makowskiego jest bardzo podejrzany. I skoro wie, że jestem obserwowany, po co się z tobą spotkał? Nie dość, że ujawnia swoje istnienie, to jeszcze naraża cię – nas – na niebezpieczeństwo. Skąd on się w ogóle wziął?! – krzyczysz w nagłym przypływie gniewu. Po czym, już spokojniej, dodajesz – I dlaczego tak łatwo mu uwierzyłaś?

 – Dużo wiedział, porozmawiał ze mną… – żona zaczyna dukać. – Był przekonujący…

Ukrywa twarz w dłoniach, pociera o skronie i odpowiada już pewniej:

– Nie wiem, dlaczego. Przyszedł do mnie obcy człowiek, związany, jak sam twierdzi, ze śledztwem, które prowadzisz, i powiedział, że jesteś w niebezpieczeństwie. To nie jest sytuacja, w której wierzysz albo nie! Jeśli istnieje szansa, że rzeczywiście coś ci grozi, to trzeba natychmiast reagować!

W duchu przyznajesz żonie rację, choć nie chcesz się do tego przyznać otwarcie. Co z tego, że trzeba reagować, jeśli nie wiadomo, jak!

– Wiem, gdzie go znaleźć – kontynuuje – choć powiedział, by szukać go dopiero w ostateczności.

– To wszystko? Ściągnęłaś mnie tu tylko po to, by mi oznajmić, że jestem w niebezpieczeństwie, bo tak ci powiedział zaginiony człowiek? Nie mogłaś przyjechać normalnie do domu?

– Ja… Przepraszam. Jestem zdenerwowana, całą noc nie spałam, nie mogę się skupić na niczym. Poza tym nie wiedziałam, czy będziesz w domu, a w taką ulewę nie chce mi się w ogóle stąd wychodzić.

Czyli wygoda, myślisz. Na głos jednak pytasz:

– Gdzie mogę znaleźć Makowskiego?

– Czy to już jest naprawdę ostateczność? Prosił mnie, żebym dopiero w ostateczności…

Przerywa, spiorunowana twoim spojrzeniem.

– Jest w leśniczówce w tym lesie, gdzie znaleziono to zmasakrowane ciało – wyjmuje z kieszeni złożoną karteczkę i podaje ci ją z obawą. – Tutaj zapisał współrzędne geograficzne. Z GPS-em łatwo go wytropisz.

Powieść paragrafowa, cz. 6: "S.R."

– Mogę pożyczyć twoją komórkę? Padła mi bateria.

– Weź ją. I tak jej nie użyję już dziś. Wracam do domu. – Podnosicie się razem i wspólnie ruszacie do wyjścia. Zamawiasz dwie taksówki. Żona patrzy na ciebie z troską. – Ty też wróć, gdy tylko się z nim rozmówisz. Proszę.

– Pewnie, tak zrobię. Nie martw się o mnie.

Wsiadasz do pierwszej podstawionej taryfy, żona do drugiej, i rozjeżdżacie się w przeciwnych kierunkach. Sprawdzasz koordynaty na komórce i każesz zatrzymać się jak najbliżej leśniczówki. Czeka cię jednak długi spacer przez ciemny las, bo oficjalnie dom nie istnieje i żadna droga do niego nie prowadzi. Gorączkowo myślisz o Sylwii-nie Sylwii i zaginionym-nie zaginionym. Dlaczego akurat teraz dzieje się to wszystko?

Podróż trwała zaskakująco szybko, a może tylko tak ci się wydawało. Gdy taksówka odjeżdża, zostawiając cię w strugach deszczu pod ścianą lasu, robi się nienaturalnie cicho. Nawet deszcz szumi przytłumiony. Wzdrygasz się, lecz śmiało ruszasz przed siebie. Cóż innego możesz zrobić?

Oślepiający ekran smartfona wskazuje drogę, lecz odbiera widoczność otoczenia. Choć zerkasz na niego jak najrzadziej się da, po każdym sprawdzeniu trasy przystajesz, by oczy przywykły do zmiany światła. Latarka w telefonie jest naprawdę marna.

Po kilkudziesięciu minutach jak spod ziemi wyrosła leśniczówka. Zmęczony, zmoknięty i zziębnięty naciskasz klamkę i znajdujesz się w niewielkim pomieszczeniu. Powoli z ciemności wyłaniają się kształty: stół, dwa krzesła, szafa, prowizoryczne łóżko. I przygarbiona postać.

Nie krzyknąłeś, choć ciarki przechodzą cię od góry do dołu.

– Detektyw Makowski? Mam nadzieję, że wytłumaczy mi pan całą sprawę.

– Może i detektyw, ale na pewno nie Makowski – postać odpowiada głosem Sergiusza Tryszy. – Pan jest naprawdę naiwny jak dziecko.

Już wiesz, że postąpiłeś źle. Instynkt nie zadziałał. Pragnienie rozwikłania zagadki było większe niż analizowanie faktów, które miałeś przed oczami. Przeoczyłeś wszystko. Wybrałeś się na miejsce zbrodni i naprawdę myślałeś, że po roku i kilkukrotnym przeszukaniu miejsca przez innych detektywów i policję, uda ci się znaleźć coś nowego. Wybrałeś ścieżkę samotnika, ignorując twarde policyjne dowody i już zebraną, fachową wiedzę. Nie rozmawiałeś z ludźmi, starałeś się robić wszystko zdalnie. Zapomniałeś, że każda osoba może wnieść coś istotnego do śledztwa. Przecież to nie jest duże miasteczko. Zamiast iść po nitce do kłębka, rzuciłeś się na głęboką wodę, by natychmiast złapać mordercę. Wpuściłeś do swojego domu człowieka, który od początku wydawał ci się podejrzany. Nie spojrzałeś na wizytówkę, którą zostawił w skrzynce. Na połyskującym, czarnym papierze, dwie srebrne litery odcinały się wyraźnie: „S. R.”. Na odwrocie zaś, małym druczkiem: „Sola Ratio. Usługi detektywistyczne. Sergiusz Trysza, detektyw”. S.R. „Tylko rozum”. Oczywiście. I tak było to już nieistotne. Wszystko zaczęło się układać. Dlaczego, dlaczego dopiero teraz?!

Odwracasz się natychmiast, by uciec, lecz odgłos przeładowywanego pistoletu skutecznie cię powstrzymuje.

– Nie radziłbym, panie detektywie. Jeszcze się może panu udać. Tylko bez sztuczek.

Posłusznie zamykasz drzwi i odwracasz się do Tryszy. Pistolet lśni srebrzyście w półmroku i jesteś pewien, że jest prawdziwy.

– Przekręć klucz i rzuć mi go.

Posłusznie wykonujesz polecenia. Zimny pot wciąż leje ci się po plecach, ręce drżą. Jeszcze nigdy nie zdarzyło ci się być w tak bezpośredniej sytuacji zagrożenia życia. Gorączkowo rozmyślasz nad planem ucieczki, ale jak na razie w głowie masz pustkę.

– Jak każdy podły charakter, mam dla ciebie przemowę. I radzę ci słuchać uważnie, bo może się zdarzyć, że to ostatnia rzecz, jaką usłyszysz w życiu.

Głośno przełykasz ślinę. Opierasz się o drzwi i rozpaczliwie, lecz powoli, szukasz w nich jakichś wystających gwoździ, sporych drzazg, czegokolwiek, co mogłoby choćby odwrócić uwagę Tryszy, byś miał szansę się wydostać.

– Na pewno masz wiele pytań. Pozwól więc, że wszystko ci wyjaśnię, byś mógł wyobrazić sobie kolejne nagłówki ze swoim imieniem. „Gniew Lasu wyjaśniony!”, „Okrutny morderca wreszcie za kratami!”. Czy wiesz w ogóle, kto zabił?

– Ty.

– Ja, owszem. Nie powiem ci, jak, bo nie ma to większego znaczenia w tym momencie. Powiem ci jednak, że to ja podłożyłem naszyjnik na miejscu zbrodni. Śledziłem każdy twój ruch, więc wiedziałem, że się tam pojawisz. Podłożyłem tam własne paznokcie, przekupiłem prywatne biuro kryminalne, by dali ci trop na wymyśloną przeze mnie Sylwię Rawieńską… Pamiętasz, jak powiedziano ci przez telefon, że gdybyś zapłacił więcej, to znaleźliby ją szybciej? To akurat prawda. Wszystko kręci się wokół pieniądza, przyjacielu. Niemało mnie kosztowała pluskwa do wszystkich waszych telefonów. Twojego, Makowskiego i tych dwóch pozostałych. Tworzenie informacji prasowych też jest niesamowitą frajdą. Zmienianie dat, przekupywanie bibliotekarek, by dołożyły to do akt, niby dla studenckiego żartu – Nawet w półmroku widać, jak Trysza się uśmiecha. – Tak, naprawdę świetna z tym zabawa. A Sylwia to nowość, wiesz? Makowskiego zrobiłem w zupełnie inny sposób. Długa historia.

Udaje ci się wymacać chropowaty gwóźdź pod palcami i starasz się go teraz wykręcić z częściowo zbutwiałego drewna.

Powieść paragrafowa, cz. 6: "S.R."

– Twoja żona nigdy nie spotkała się z Makowskim. Sfingowałem fotografię przy pomocy programu graficznego. To ja się z nią spotkałem. Tylko skąd miała wiedzieć, że nie jestem tym, za kogo się podaję? Nie miałeś czasu z nią rozmawiać. I raczej nie będziesz miał okazji. Musisz pożałować przez chwilę.

Przewraca ci się w żołądku. Teraz, kiedy Sergiusz o tym mówi, wszystko jest jasne. Tak jasne, że oślepia. I boli.

– Co mam przekazać twojej żonie jako detektyw Makowski? Ostatnią wolę, jakieś przesłanie? – Trysza przeładowuje pistolet, a trzask zamka zagłusza sukces twoich starań w wyrwaniu gwoździa – Polubiłem cię, wiesz? Uparty jesteś. Bardziej uparty, niż ci wszyscy detektywi razem wzięci. I wiesz, Makowski nigdy nie zaginął. Nie żyje od czasu, gdy mnie spotkał. Zabawniej jednak jest mieć go w zanadrzu. Jak furtkę. Dzięki której, na przykład, mogłem podejść twoją żonę. Martwy zaginiony detektyw przydaje się bardziej niż żywy niezaginiony.

Trysza wymierza w ciebie broń. Zaciskasz gwóźdź w pięści i bierzesz głęboki wdech. Widzisz swoją przestraszoną żonę w „Rączym Jeleniu”, deszcz lejący się strumieniami na miasto, rozerwane ciało ofiary Tryszy; czujesz zapach lasu. Decydujesz się zagrać vabank i zyskać jeszcze malutką chwilę. Choć głos ci się trzęsie, zadajesz pytanie.

– Dlaczego zabijasz? Po co? Co ten ktoś ci zrobił? Kto to w ogóle był?

Detektyw milczy przez chwilę, po czym odrobinę opuszcza broń. Zauważasz, że czuje się zbyt komfortowo. Wykorzystasz to.

– Nikt ważny. Przechodzień. Malowałem nim scenę, którą widziałem we śnie. Jestem artystą, wiesz? Zobacz, jak przeszliśmy niepostrzeżenie na „ty”. Dopóki jest między nami dystans, jest też i szacunek. Teraz zaś jesteś już dla mnie tylko elementem sceny.

Sergiusz Trysza raz jeszcze wymierza w ciebie lśniący w ciemności pistolet. Czujesz, jak każdy mięsięń w twoim ciele jest napięty do granic możliwości. Gwóźdź wpija ci się w dłoń. Odbijasz się całym ciałem od drzwi i rzucasz na napastnika.

Ciemną leśniczówką wstrząsa huk wystrzału.

Podziel się.

O autorze

Uwielbiam górskie wędrówki i leśne spacery. W chwilach tak wolnych, jak i bardzo szybkich czytam książki i zatapiam się w niezmierzone światy gier komputerowych. Jestem ciekawy świata i staram się go tak poznawać, jak i tworzyć.