– Puk, puk.

– Kto tam?

– Na pewno nie Secret Service.

Mnie ten suchar trochę jeszcze śmieszy, chociaż z drugiej strony ta smutna sytuacja jest idealnym obrazem tego, co w naszej branży dzieje się od dłuższego czasu – żerowaniu na znanych markach. Gdyby organizatorzy zbiórek, takich jak crowdfunding, dzwonili po starszych ludziach, to metodę „na wnuczka” można by nazwać „na tytuł”, choć w tym wypadku starsi mieliby po 30-40 lat. Nie mówię konkretnie o naszym kraju, bo cwaniacy znajdą się wszędzie i konsekwentnie wymyślać będą kolejne pomysły, jak szybko zarobić, a się nie narobić. Nie mówię także o tym przypadku – jest on dziwny, wyszło na jaw parę nietypowych faktów, jednak nie ma co przesądzać sprawy – być może założenia były rzeczywiście szczytne, ale realizacja padła.

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Wszyscy wiedzą o co chodzi? Jeżeli znacie nazwę „Secret Service”, bo czytaliście to czasopismo w latach 90., to na pewno ogarniacie temat. Jeżeli nie, to najprawdopodobniej nie obchodzi Was kompletnie, co się z tą gazetą stało. Jednak to nie jest tekst o niej, a o tym, dlaczego vintageoldchool sprzedają się najlepiej.

Należy chyba wyjaśnić co nieco odnośnie oldschoolu – dla każdego termin ten będzie miał odrębne znaczenie, bo jest kompletnie nieuniwersalny. Dla mnie będą to produkcje końcówki lat 90. i kilku następnych, czyli jeszcze w miarę świeże. Dla ludzi, którzy przygodę z komputerami i konsolami zaczynali w latach 70., kultowe będą Atari, Commodore i Amiga. A dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać.

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Hipsterzy nie wzięli się przecież znikąd. Od najmłodszych lat słyszymy wszędzie wokół „za moich czasów to było lepiej”, „kiedyś to robili samochody”, czy „dzisiaj już nie robią takiego [tutaj wstaw dowolny przedmiot]”

Żeby efekt był lepszy, zadam Wam pytanie: czy graliście kiedyś w płatne MMO? Albo „bezpłatne” z mikropłatnościami? A czy nie siedzieliście przed ekranem tylko dlatego, że w przeglądarkowej grze typu Plemiona, czy Settlers trzeba było pilnować czasu wykonywanych zadań, żeby zoptymalizować zyski? To działa identycznie, jak zasada jednorękiego bandyty – im więcej wrzucisz do maszyny pieniędzy, tym bardziej chcesz się odegrać i tym więcej monet znów wrzucasz. Tak jesteśmy skonstruowani, że lubimy i inwestujemy w rzeczy, którym poświęcamy czas. Ale nie tylko o grach tu mowa – z techniki stosowanej przez wszelkie World of Tanksy, Warcrafty i inne płatne rozrywki, bardzo chętnie korzystają także i oszuści, na spółkę ze wszystkimi manipulatorami. Niestety i crowdfunding nie jest wolny od takich zagrań.

Człowiek lubi bardziej tego, komu wyświadcza przysługi. Nawet bardziej niż tego, kto podobną pomoc oferuje jemu samemu. Dlaczego? Ponieważ ufa, że tworzy w ten sposób dług wdzięczności. Taki Ojciec Chrzestny na co dzień. Wierzy, że dzięki temu ta osoba także odwdzięczy się, gdy będzie potrzeba. Może to wydawać się abstrakcyjne, jednak czy na pewno? Zastanów się – wkładasz pieniądze, które można było przeznaczyć na coś innego. Mają one dla Ciebie wartość, dlatego chcesz wierzyć, że nie marnujesz ich bezpodstawnie. Dlatego gdy następnym razem koledzy z gildii, którzy zresztą mieszkają w Korei, będą organizowali rajd na bossa, wstaniesz o tej 3:30 w nocy i będziesz naparzał druidem przez półtorej godziny. A tu zaraz trzeba do pracy wstać. No ale przecież level sam się nie nabije!

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Zagraniczni koledzy? O ile nie lubisz wstawać na rajdy o nieludzkich porach, lepiej zmień gildię

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wspomniana wcześniej strata kasy – jeżeli wydasz kilka dych na abonament, kupisz parę cyfrowych rzeczy w sklepie online, jak specjalna amunicja, czy skórka na broń, to zwyczajnie nie chcesz wierzyć, że wyrzucasz pieniądze w błoto. Ta myśl krąży gdzieś w Twojej głowie i dobrze wiesz, że mam rację, ale nie chcesz jej dopuścić do głosu. Bo to oznaczałoby konieczność przyznania, że kilka stówek poszło na kompletnie nieprzydatny, nieważny, cyfrowy content, z którego nie zrobisz żadnego użytku. Poza grą. Dlatego dalej siedzisz przed ekranem.

Dlatego też zawsze wydaje nam się, że to, co mieliśmy kiedyś było lepsze, ciekawsze, trwalsze. Z czasem dobre wspomnienia wypierają stare, a my w dodatku uwielbiamy narzekać. Prosty przykład – uwielbiam Ojca Chrzestnego. I jakikolwiek dobry film o mafii by nie powstał, Godfather zawsze będzie najlepszy. Nie powiem Wam dlaczego – po prostu najlepiej mi się kojarzy i pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie, gdy obejrzałem go pierwszy raz. Po za tym nic tak przecież nie urazi i nie pobudzi do działania nowej pralki, jak stwierdzenie „a moja stara Frania to by nigdy nie pękła”. Zewsząd wokół krzyczą do nas napisy: „założone 1910”, „produkcja od 1845”, „kultowa marka”, „legenda swoich czasów”, itp., itd.

Wystarczy popatrzeć na wszelkie podróbki na Allegro – podróbki czegokolwiek. Zawsze, ale to zawsze odnoszą się do jakiegoś znanego produktu, choćby nazwą, czy wzorem graficznym. Gdybyśmy nie przywiązywali znaczenia do marki, takiego zjawiska by nie było – bo i po co? Jednak niestety jest odwrotnie i często padamy ofiarami własnych sympatii. Tak też najprawdopodobniej było z Secret Service.

Cała afera, którą od jakiegoś czasu żyje sfera naszych rodzimych mediów growych, wzięła się stąd, że wznowione SS było tak naprawdę całkiem nowe. Pegaz, czyli jeden z założycieli pierwszej wersji legendarnego czasopisma, był główną twarzą kampanii crowdfundingowej na portalu PolakPotrafi.pl. Niby wszystko fajnie, ale nagle okazało się, że:

Owszem, brałem czynny udział w wielu pracach związanych z reaktywacją pisma, ale odbywało się to na zasadach towarzyskiego wpierania młodszych kolegów dobrą radą.

Cóż, to tworzy trochę zamieszania w przypadku, gdy wprost sugerowano, że będzie on częścią zespołu. Na miejscu jednej z ponad 3,5 tysiąca wpierających projekt osób poczułbym się co najmniej oszukany.

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Źródło: polakpotrafi.pl

Proponuję obejrzeć zaznaczony fragment tego filmiku. Niby nic odkrywczego… ale zaraz! To filmik z sierpnia! Hype na Secret Service był już wtedy wyczuwalny. Jednak głosy rozsądku zwykle zostają zakrzyczane – tak było i w tym wypadku, ponieważ każdy, kto otwarcie mówił o ostudzeniu zapału, kto apelował o spokojne podejście do tematu, od razu był przez fanów pisma, niczym „lewak przez Korwina”,  masakrowany.

Rzekłbym „powodzenia”, ale oto kolejne dziwne newsy na horyzoncie: niektórzy internauci dokopali się do informacji, które ponoć wskazują na rejestrację nazwy i loga pisma Pixel. Na pewnej stronie prawnik dowodzi, że cała afera z prawami do używania nazwy SS może kręcić się wokół licencji na słowny znak towarowy. Słowny, czyli taki, który zezwala na używanie nazwy, ale już nie właściwości graficznych marki. To zgadzałoby się z tezą mówiącą o leasingu „Secret Service” na pierwsze dwa miesiące, z zamiarem przemianowania na inne pismo. Pegaz ponadto twierdził, że nie zarobił na odtworzeniu legendy ani złotówki, ale według Micza, czyli redaktora naczelnego nowego SS, to właśnie on jest właścicielem marki…

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Od lewej: Łapusz, Pegaz i Micz. Źródło: polakpotrafi.pl

Cóż, jeżeli taka była prawda, to całość jest genialnym biznesplanem – pożyczasz nazwę, „wskrzeszasz legendę”, robisz raban, bijesz rekord polskich zbiórek typu crowdfunding, ale tak naprawdę w planach masz od razu założenie osobnego czasopisma, na co pójdą zebrane środki. W takiej sytuacji można by śmiało mówić o wykorzystaniu naiwności i sentymentu czytelników. W kwestii Secret Service to tyle, bo temat wałkują konsekwentnie wszyscy. Warto jednak przy okazji pomyśleć o innych równie kontrowersyjnych pomysłach – Wczesnym Dostępie na Steam oraz crowdfundingu w ogóle.

Wczesny dostęp budzi masę negatywnych odczuć, choć trzeba przyznać, że czasem jest sprzężony z crowdfundingiem. Właściwie można opisać to tak:

  • płacisz za dostęp do alphy/bety (najczęściej to pierwsze),
  • najczęściej wcale nie mniej, niż gdybyś poczekał do premiery,
  • czasem nawet paradoksalnie więcej – za „przywilej” grania przed czasem,
  • wysyłasz raporty z błędami (automatycznie lub dobrowolnie),
  • o ile choć trochę zależy Ci na produkcji – piszesz na forach o błędach, bo chcesz, żeby ją ukończono.

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

W branży za taką pomoc, choć w bardziej profesjonalnym wydaniu, płaci się graczom – testerom, których zadaniem jest wyszukiwanie bugów i wszystkich problemów, jakie się pojawią. O ile w przypadku małych studiów, liczących czasem tylko 1 osobę (jak w przypadku na przykład NEO Scavenger), jest to zrozumiałe i możliwe do wybaczenia, o tyle w sytuacji, gdy firma ma kilkudziesięciu pracowników i kasę na produkcję, jest to dość dziwne rozwiązanie. Czasem zdarza się, że gra w ogóle ukaże się jako kompletna kaszana, beta, która powinna dopiero do testów przystąpić. Ale po co, skoro gracze kupią?

Kupią też wszelkie wydania Redux, Remastered i HD – bo gra była dobra kiedyś i co z tego, że trzeba zapłacić kolejne pieniądze za tą samą jakość, którą oferuje wiele darmowych modów, czy rozszerzeń? Owszem, wykonanie takich wersji zajmuje ogromną ilość czasu i wymaga sporych umiejętności, jednak czy naprawdę warto? A może kolejny crowdfunding? Fakt, w niejeden tytuł w odświeżonej wersji sam bym znów popykał.

Ot, na przykład w Heroes of Might&Magic III, którego wersję HD zapowiedział w tym tygodniu UbisoftSuper! Cholera! GDZIE MÓJ PORTFEL?! Rzeczywiście miałbym ochotę pograć w Hirołsów w odnowionym stylu, ale powiedzmy sobie szczerze – to granie na marce. Wątpię, żeby Ubi udostępnił grę za darmo, jak to zrobiło choćby FireFly ze swoim Krzyżowcem HD w formie darmowego patcha. Dla tych, którzy nie mieli jeszcze pełnej wersji, angielskie studio dorzucało je do Krzyżowca 2. Pojadę patetycznym tekstem – tak powinno się traktować graczy. Nawet, jeżeli to co nieco zabieg marketingowy, to mimo wszystko nikt za to więcej nie płacił.

O ile na Steamie trzeba spełniać określone wymagania, przejść ich certyfikację, generalnie rzecz ujmując – trochę się postarać, o tyle strony a’la Kickstarter nie wprowadzają dosłownie żadnych ograniczeń. Można wrzucić największy shit, a i tak zdobyć kupę kasy. Jeden z pomysłowych biznesmenów zebrał ponad 55 tysięcy dolarów (!) na rzecz projektu pt. „Robię sałatkę ziemniaczaną„. Nikomu na konto bankowe zaglądać nie będę, powiedziałbym nawet, że dla śmiechu sam dorzuciłbym dolara, jednak w odniesieniu do gier i projektów, które starają się pokazać siebie jako profesjonalne i poważnie, byłbym ostrożny.

Patrząc jednak z punktu widzenia „sprawdzonych” studiów oraz biorąc pod uwagę jakość niektórych produkcji, nie dziwi reakcja jednego z wyjadaczy naszej branży na uszczypliwe komentarze społeczności, dotyczące jego nowego projektu. Niestety skasowano ten krótki filmik, jednak zostało kilka grafik, w tym ta, podsumowująca go w dość dobry sposób:

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Drawn to Death – odpowiedź twórcy na złośliwe komentarze społeczności. Przekaz dość nietypowy, ale się z nim zgadzam: nie chcesz, nie kupuj, ale nie marudź

Jeżeli na Steamie gra nie spełnia oczekiwań i do Valve zgłosi się wielu graczy niezadowolonych z postępów (lub ich braku) w pracach, tytuł zniknie z platformy prędzej, czy później. A na Kickstarterze? Cóż, wrzuciłeś pieniądze w bagno, to je teraz odławiaj. Crowdfunding jest o tyle specyficzny, że nie wiąże twórców praktycznie w żaden sposób – mogą po roku lub nawet po tygodniu prac zamknąć projekt i stwierdzić „sorry, taki mamy klimat”.

Jaką mamy możliwość egzekwowania swoich praw? Żadną, bo żadnych praw nie mamy. W przypadku Steama, Valve jest pośrednikiem i platformą, której płacisz i która zyski czerpie z ciągłej sprzedaży gry, czyli od każdej kopii. Dlatego można się nawet ubiegać o zwrot wpłaconej kwoty. A w przypadku strony crowdfundingowej problemy koncentrują się wokół twórcy, nie właścicieli serwisu, bo ci pobierają swoją prowizję jedynie od uzbieranej kwoty, nie od każdego egzemplarza wyprodukowanej gry.

Z drugiej strony, znalazłoby się wiele osób, które zebrałoby kasę i zwiało, bo w końcu nie byłby to pierwszy taki przekręt. Tak naprawdę opinią graczy przejmują się tylko poważne studia, które naprawdę chcą zrobić coś fajnego, mają plan. A na pewno też i własne środki, bo za 50-60 tysięcy dolarów nie zrobi się gry AAA. Dlatego w opisach rzetelnych akcji znajdziemy informacje o tym, że pozyskane środki zostaną przeznaczone na przykład na dopracowanie jakiegoś trybu, nową zawartość, czy inne, dodatkowe bonusy.

Pytanie na dziś: magia oldschoolu, czyli czy crowdfunding żeruje na markach?

Jeżeli ktoś taki, jak Peter Molyneux, który tworzył Dungeon Keeper, Black&White, Fable i Syndicate, przestrzega przed zagrożeniami crowdfundingu, wypada posłuchać (swoją drogą sam nieźle nabruździł przy okazji Godus)

Nawet, gdy przedsiębiorca się stara, pomysł może zwyczajnie nie wypalić – wsparcie jakiegoś odsetka ludzi w kraju nie wystarczy, aby w pełni trafić w zapotrzebowanie na rynku, czy odpowiednio je wykorzystać. Wtapiano większe kwoty – przeczytajcie choćby o 3,5 mln $, z czego prawie 500 tysięcy zyskano z Kickstartera.

Co Wam polecam? Jeżeli takie pismo, jak Scientific American radzi ostrożność, ja się dorzucę i powiem: przede wszystkim cierpliwość. I nie zamawianie gier w przedpremierze, Early Access oraz innych tego typu chybionych przedsięwzięciach – chyba, że studio znacie i jesteście stuprocentowo pewni, że Was nie wykiwa. Ale to już Wasza decyzja. Nie ma co potem płakać, że zostało się oszukanym. Jak to mówili Rzymianie:

Occasio facit furem.


Na koniec, PIXEL.’owi życzę powodzenia. Szczerze. Przyda im się, bo będzie ciężko wygrzebać się z takiej sytuacji obronną ręką, nawet jeżeli okaże się, że całość nie była misternie uknutą intrygą, a zwyczajnym błędem, czy niedogadaniem lub różnicą zdań. Na początku istnienia każdego przedsięwzięcia komunikacja jest najważniejsza, ponieważ każdy ma swoją wizję, dlatego bardzo możliwe, że pismo poległo tam, gdzie i setki innych, mniejszych, większych, lepszych i gorszych.

Z kolei Secret Service umarł już chyba na zawsze, co niezmiernie mnie smuci, w końcu wiążę z nim same dobre wspomnienia. Następna reaktywacja, o ile ktoś w ogóle podjąłby się takiego karkołomnego zadania, będzie oceniania niezwykle krytycznie i z dystansem.

Podziel się.

O autorze

Parafrazując klasyka, „urodziłem się, aby żyć”, co z niemałą chęcią robię i staram się coś przy tej okazji zrobić/napisać/wynieść – niepotrzebne skreślić. Przy okazji pisania, kawę, herbatę oraz wszelkie przekąski zużywam w ilościach iście hurtowych i tempie, jakiego nie powstydziłby się sam Usain Bolt. W niewyjaśnionych okolicznościach nabyłem także tajemną umiejętność generowania losowych błędów i awarii we wszelkiej maści urządzeniach elektronicznych.
Ulubiony cytat? „Nie wierz we wszystko, co napiszą w internecie” (~Abraham Lincoln). Znajdziecie go również na Gamezilli, gdzie od czasu do czasu spamuje suchymi tekstami.