Trzy tygodnie temu było nam dane zobaczyć zwiastun kolejnej odsłony jednej z najpopularniejszych strzelanin ostatniej dekady, czyli Battlefielda 1 (widać DICE inspiruje się numeracją od Ubisoftu). Choć trailer powala na kolana i miażdży konkurencję jednym palcem, we mnie coś pękło. Gdzie się podziały nowe marki gier wideo?

Mam wrażenie, że dziesięć lat temu czas się ostatecznie zatrzymał w tej branży. Jeżeli ktokolwiek z Was nadal czeka na nowe marki gier wideo, prawdopodobnie poczeka sobie jeszcze baaardzo długo. Lata 2005-2008 to był koniec dla niekonwencjonalności. Oczywiście problem z tym mają jedynie duże firmy tworzące tytuły AAA, niezależni developerzy jeszcze nie popadli w skrajności. Z czego to wynika?


Zwykły skok na kasę

„Bo Mirror’s Edge się dobrze sprzedało, więc zróbmy drugą część, która niczym nie będzie różnić się od poprzedniej – tak w ramach sentymentu, wcale nie braku pomysłu.” Tak samo ma się sprawa w stosunku do pogłosek dotyczących kontynuacji Alana Wake’a czy The Last of Us, a nawet zakończonego Life is Strange! Na litość boską, co tu dopowiadać? Po co psuć tak cudowne i kompletne tytuły? Nie wspominam już nawet o tasiemcach w stylu Assassin’s Creed, Call of Duty, Need for Speed, czy, zastrzelcie mnie, The Sims. Szkoda sobie strzępić język.

Nowe marki gier wideo

Przyszło nam żyć w czasach niepotrzebnych kontynuacji i odgrzewanych kotletów

Jeszcze żeby te kolejne odsłony miały sens i stawały się coraz lepsze, wtedy bym zrozumiała. Sęk w tym, że w większości nie utrzymują nawet podobnego poziomu co swoje poprzedniczki i cofają się w rozwoju. Wiem, że to jest zwykła praca, a ci ludzie muszą na tym zarabiać, ale przecież to jest tak widoczne, że aż nie wypada. Zwykły skok na kasę! Postaraliby się chociaż udawać, że tak nie jest. Tymczasem odnoszę wrażenie, że termin „nowe marki gier wideo” współczesnym developerom jest całkiem obcy. Angry Joe przedstawia to w swoich recenzjach za pomocą postaci dowódcy wielkich korporacji. Niestety gra aktorska, która jeszcze kilka lat temu wydawała się zabawna, dziś stała się przerażająca – nad twórcami stoją panowie liczący każdy grosz i zastanawiający się, jakby tu jeszcze wykiwać fanów.

Jeśli czytaliście nasze kompendium wiedzy z sagi Assassin’s Creed, to wiecie, że seria liczy sobie już dziewięć pełnoprawnych części (nie wspominając o spin-offach), a mimo wszystko wciąż nie dąży do niczego konkretnego, jest przedłużana coraz bardziej na siłę. A podobno scenariusz jest rozpisany na kolejne dziesięć lat… Ubisoft działa na bardzo praktycznej dla siebie zasadzie: „dajmy ludziom interesujący początek, żeby nie odpuścili, całą grę wypełnijmy toną niepotrzebnej i nudnej zawartości, a na zakończenie dowalmy genialnym plot twistem, żeby byli ciekawi i kupili następną część”. Nie, moi drodzy. Nie. To tak nie działa.

Nowe marki gier wideo

Spokojnie, jeszcze trochę i my też będziemy mieć Rockstarową „dwunastkę”


Nowe marki gier wideo postrachem developerów

I nie bardzo rozumiem dlaczego! Przecież BioWare wypuszczając na rynek w 2007 roku pierwszego Mass Effecta odniosło sukces prawdopodobnie większy niż dzięki Baldur’s Gate czy Knights of the Old Republic. Po co ta Andromeda? Po co osadzać akcję w zupełnie nowej części wszechświata, skoro trylogia jest zamknięta, zakończona, bez powrotu? Pomijając już brak protagonisty, do którego wszyscy się bardzo przywiązali, to czy wyobrażacie sobie Efekt Masy bez Żniwiarzy? To był główny fundament tego uniwersum. Pytam więc jeszcze raz: po co ta Andromeda? Nie wiem i się boję. Pociesza mnie jedynie fakt powrotu Drewa Karpyshyna do ekipy i liczę na to, że nie pozwoli tak łatwo zniszczyć swojego dzieła.

Co będzie następne? Dziesiąte Elder Scrollsy? Piąte Diablo? Wróćmy do tego Baldur’s Gate. Gatunek RPG-ów pod koniec lat 90. chylił się ku upadkowi, gdy nagle nastała era Baldura i świat graczy wywrócił się do góry nogami. BioWare zaryzykowało i stworzyło hit. Czasem trzeba zaryzykować! To, że dany tytuł jest dobrym źródłem dochodu i można szybko wydawać kolejne części powstałe na tej samej bazie nie znaczy, że trzeba zamykać się na nowe marki gier wideo. Dlaczego to my musimy tłumaczyć takie rzeczy developerom?

Strach twórców wiąże się również z poprzednim nagłówkiem – to wciąż zwykły skok na kasę. Bo w jakim celu tworzyć coś nowego czy chociażby wprowadzić duże zmiany w mechanice rozgrywki, jeżeli graczom może się to nie spodobać i pieniążki się nie zwrócą? Marzę o dniu, w którym BioWare, Ubisoft, Activision i cała reszta wielkich korporacji zdecyduje się na nowe marki gier wideo, kompletnie różniące się od rzeszy klonów i zaskakujące pomysłem na siebie. Jak kiedyś.

A co Wy sądzicie o wypuszczaniu na rynek wciąż tych samych tytułów? Czy nowe marki gier wideo mają jeszcze szansę bytu?

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.