Czwarta odsłona serii Saints Row pokazała, że twórcy powinni odpocząć od gangu Świętych Trzeciej Ulicy. Po czterech latach studio Volition proponuje nowy tytuł, Agents of Mayhem, którego akcja rozgrywa się w uniwersum Świętych. Wydawać by się mogło, że deweloperzy robią krok naprzód, być może rozpoczynając kolejną franczyzę, ale w rzeczywistości robią kilka kroków wstecz.

Jako wielbicielka serii Saints Row z ciekawością spoglądałam na nową produkcję Volition. Liczyłam na sporą dawkę humoru, sianie chaosu i absurdalne misje. O ile rozwałka (znacznie okrojona, ale zawsze) nadal jest w modzie, o tyle reszta życzeń nie została spełniona. Zadania są absurdalne, ale nie z tego samego powodu, co w serii Saints Row. Miał być list do świętego Mikołaja, a wyszła księga skarg i zażaleń. Niestety.


Dwunastu pseudo-gniewnych ludzi

Fabuła w żadnym stopniu nie wciąga i jest po prostu zwykłą kliszą – zły doktor Babylon współpracujący z oddziałami Legionu pragnie przejąć kontrolę nad Ziemią. Za obrócenie jego planów wniwecz jest odpowiedzialna Persefona, która dowodzi organizacją Mayhem. W jej szeregach działa dwunastu agentów, których gracz może odblokować wykonując misje główne i poboczne. Na całe szczęście większość z nich nie jest superbohaterami, nie pragną z czysto szlachetnych pobudek ratować świata. Każdy z nich znalazł się w organizacji z powodów osobistych, które poznaje się podczas misji lojalnościowych.

Agents of Mayhem

Bohaterowie różnią się od siebie posiadanymi umiejętnościami specjalnymi oraz arsenałem broni. Tylko tak można ich zapamiętać, bo w żaden inny sposób nie przykuwają uwagi. Zarówno pod względem osobowościowym, jak i osobistej historii, która przewija się gdzieś w tle. Wspominając o osobowości mogłam lekko skłamać, ponieważ niektórzy agenci tak bardzo irytują swoim usposobieniem, że jest to wystarczający powód, by nie znaleźli się w aktywnej drużynie. Jedyna ciekawa i intrygująca postać to Persefona, którą można opisać następująco – Yennefer w klimacie noir z rosyjskim akcentem.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, która składa się z trzech bohaterów. Cała trójka nie jest jednak obecna na polu walki, więc system ten nie przypomina tego z Mass Effecta czy Dragon Age’a. Można przełączać się pomiędzy członkami zespołu, ale na obszarze akcji pozostaje tylko jeden, wybrany przez gracza. Z tego powodu niemożliwe jest uświadczenie dialogów typu banter oraz kooperacji. Jest to jeden z największych minusów produkcji. Kompletnie nie rozumiem tego rozwiązania – tylu bohaterów do wyboru, mnóstwo powtarzalnych misji, które w pojedynkę nudzą się po kilku godzinach, a twórcy nie zaimplementowali trybu co-op. Szkoda, bo to mogłoby uratować ten tytuł, a na pewno przedłużyć jego życie.


Nic dwa razy się nie zdarza, ale co najmniej trzy już tak

Akcja Agents of Mayhem osadzona została w futurystycznym Seulu, który wygląda naprawdę dobrze. Odrobinę kreskówkowa i cukierkowa grafika sprawdziła się, dzięki czemu miasto nabrało ciekawego kolorytu, i nadała klimatu, który czuć szczególnie w nocy. Tytuł to produkcja z otwartym światem, ale jak na obecne standardy mapa jest dosyć mała. Jest to w zasadzie szczęście w nieszczęściu, bo i tak nie ma co w mieście robić. Owszem, są dostępne zadania poboczne, takie jak wyścigi, zarówno samochodowe, jak i te w stylu Roberta Korzeniowskiego. Można kraść i niszczyć pojazdy, uprzykrzać życie żołnierzom Legionu, ale wszystkie te aktywności są dostępne w misjach głównych. Ile można?!

Agents of Mayhem

Każde zadanie główne składa się z zestawu tych samych etapów: walka, hakowanie, ewentualnie jazda samochodem, zejście do bazy Legionu. Kryjówki tych złych znajdują się pod ziemią, co powinno stanowić pewne urozmaicenie – system lochów, może będą jakieś sekretne pomieszczenia do odblokowania, super. Nie. Zupełnie, w ogóle nie tak. Cały schemat można streścić w czterech krokach: gracz zjeżdża windą, pokonuje wrogów, hakuje tu i ówdzie, opuszcza kryjówkę. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo irytujące i nużące staje się to z czasem. Dłuższe posiedzenie przy Agents of Mayhem grozi w najlepszym wypadku ziewaniem, a w najgorszym – zaśnięciem.

W kwestii wykonywania misji trzeba jeszcze wspomnieć o bardzo ciekawej toczącej je przypadłości. Otóż wiele aktywności, które trzeba podczas zadań odbębnić, należy zrealizować trzy razy – trzy terminale do hakowania, trzy fale przeciwników, trzy wyścigi. Skoro zapadło to w pamięć, to znaczy, że mocno taki system rzuca się w oczy. Skoro ponownie o hakowaniu mowa – nie umila ono rozgrywki, jak ma to miejsce w Deus Eksie, tylko potęguje znużenie. W odpowiednim momencie trzeba wcisnąć X na padzie. Ot, cała filozofia.

Agents of Mayhem


Tytanowe doniczki i samochody spadające z nieba

Nie pamiętam gry, która miała tyle błędów (jeszcze bardziej) utrudniających czerpanie radości z rozgrywki, co Agents of Mayhem. Często musiałam restartować misję, a nawet grę, bo nie wczytał się kolejny etap zadania lub coś się po prostu zawiesiło. Ciekawe sytuacje mają również miejsce podczas jazdy samochodem, która jest nawet przyjemna, ale fizyka jej towarzysząca sprawia, że Newton przewraca się w grobie. Doniczki w mieście są tytanowe, nie do rozbicia autem, ale gdy uderzy się nim w jadący samochód ciężarowy, to jest on w stanie odepchnąć ciężarówkę na kilkadziesiąt metrów.

 Agents of Mayhem

Muzyka obecna w grze zupełnie nie trafiła w moje gusta, ale jeśli ktoś lubi klimaty z pogranicza popu i elektroniki, nie będzie zawiedziony. Jak już wcześniej wspomniałam, grafika jest cukierkowa, miejscami kreskówkowa. Komiksowy styl zastosowano w niektórych przerywnikach filmowych. Zabieg ten sprawdził się wyśmienicie szczególnie w cutscenkach przedstawiających danego bohatera.

Agents of Mayhem to poniekąd gra z gatunku hero shooter, czyli gameplayem przypominająca Overwatch, Paladins czy Team Fortress 2. Różni się od tych produkcji tym, że jest przeznaczona dla pojedynczego gracza, ale zasady są podobne. Każdy z bohaterów posiada coś w rodzaju ultimate, czyli umiejętność specjalną, uruchamianą po spełnieniu określonych wymagań. Tutaj należy zapełnić fioletowy pasek Mayhem, a dzieje się to w miarę przerzedzania szeregów wroga. Model strzelania jest naprawdę dobry, ale powtarzalność i schematy zastosowane w misjach skutecznie zmniejszają radochę z siania spustoszenia.

 Agents of Mayhem


Studio Volition chciało odpocząć od serii Saints Row, ale mając do dyspozycji zbudowane uniwersum nadal w nim pozostało. Wydaje mi się, że twórcy pragnęli zjeść ciastko i mieć ciastko. Niestety wyszedł zakalec, produkt niezbyt zjadliwy, chociaż niektórzy podobno takie twory lubią. Można rzecz – mogło być gorzej i rzeczywiście tak jest. Gameplay jest przyjemny, ale to nie wystarczy, by zatrzymać gracza na dłużej przy produkcji. Wprowadzone elementy rozwoju postaci również nie są w stanie rozbudzić chęci dalszego zdobywania doświadczenia. Agents of Mayhem potrzebuje solidnego patcha naprawiającego te absurdalne jak na moment premiery błędy oraz trybu kooperacji, który na pewno wzbudziłby zainteresowanie.

Gra zrecenzowana w oparciu o kopię na PS4 dzięki uprzejmości Techlandu.

5.6 Nie dla każdego

PLUSY:
+ Gameplay
+ Grafika

MINUSY:
- Mnóstwo błędów
- Powtarzalność
- Bardzo mało humoru w stylu Volition
- Zaczyna nudzić po krótkim czasie

  • Grafika 7
  • Audio 5
  • Grywalność 7
  • Cena/Jakość 4
  • Ogólne wrażenia 5
  • Ocena użytkowników (0 głosów) 0
Podziel się.

O autorze

Zakochana w grach od pierwszej sesji na Pegasusie, miłośniczka otwartych światów i dobrej fabuły. Fanatyczka uniwersum Wiedźmina, zarówno tego wirtualnego, jak i książkowego. Oprócz gier uwielbia seriale, filmy i literaturę fantastyczną.