Niektórzy uważają, że mechaniki z gry wideo nie da przenieść się do stołowej zabawy. Co jakiś czas na rynku pojawia się produkt, który próbuje przeczyć tej tezie i, jak to zwykle bywa w przyrodzie, wychodzi to z różnym skutkiem. Kultowy już Bloodborne jest na tyle specyficzny, że w założeniu przekonwertowanie samego klimatu do gry karcianej wydaje się wyczynem niemożliwym. A przynajmniej bardzo trudnym. Jak się jednak okazuje, dobry łowca radzi sobie w każdych, nawet nieprzychylnych warunkach.

Bloodborne w formie karcianej przeznaczony jest dla minimum trzech graczy. Chociaż z początku, studiując na szybko instrukcję, może się wydawać, że dwójka graczy poradziłaby sobie równie dobrze – bo i zawiłe na pierwszy rzut oka zasady okazują się przystępne, tak „w praniu” specyficzna rozgrywka szybko uświadamia, że w rzeczywistości im więcej łowców pójdzie na polowanie, tym lepiej. Ale od początku…


Łowca bez koszulki

Niestety, o ile na pierwszy rzut oka karcianka robi bardzo pozytywne wrażenie i zawartość można pomylić wręcz z grą planszową, o tyle szybko okazuje się, że przystępna dla każdego cena nie wzięła się z niczego. Słabej jakości cienkie karty aż proszą się, by od razu ubrać je w koszulki. Jest to zresztą wskazane, bo o ich zniszczenie wcale nie tak trudno. Znaczniki odpowiadające „Tętnieniom Krwi” czy chociażby kości również nie zostały wykonane z należytą pieczołowitością. Tak naprawdę symbolicznie można śmiało użyć jakichkolwiek innych kostek (ze specjalnymi znacznikami) i chociażby pchełek – większej różnicy Wam to nie zrobi.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Jakość wykonania jest ledwo ponad średnią

Ogółem rzecz ujmując, wykonanie karcianki jest zaledwie nieco ponad średnią. Niby wszystkie elementy na stole prezentują się estetycznie, zabrakło w nich jednak szlifów, by rzucić chociaż jednym „wow”. Jeśli znacie pierwowzór, nie zaskoczą Was również karty przeciwników i broni. O ile do przewidzenia było, że autorzy wykorzystają do ich ilustrowania grafiki i modele z gry, o tyle w moim odczuciu powołując do życia twór taki jak karcianka, miłym akcentem byłyby klimatyczne arty. Jak to jednak mówią, nie można mieć wszystkiego. Szkoda, bo, szczerze mówiąc, karcianka jest na tyle miodna, że z chęcią dopłaciłbym pięćdziesiąt złotych za lepsze wykonanie.

Przynajmniej samo pudełko i mniejsze elementy, takie jak „karty łowców”, lekko rekompensują rozczarowanie. Gra pięknie prezentuje się na półce, nawet w podstawowym wydaniu, i dla każdego szanującego się fana Bloodborne jest tworem wręcz przymusowym w kolekcji. Wiadomo jednak, karcianka nie jest po to, by stać na półce, ale by w nią grać. Muszę przyznać, że w tym temacie gra potrafi niejednokrotnie zaskoczyć, sprowadzić do parteru i rozbebeszyć niczym dobrze naostrzony rozpruwacz.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Gra wciąga niemiłosiernie, wszystkie jej elementy da się pokochać – szkoda tylko, że są tak słabo wykonane


Łowca Łowcy Wilkiem

Jak wspomniałem na początku, próg wejścia wydaje się bardzo wysoki i szczerze polecam studiowanie instrukcji w czasie „jazdy próbnej”. Może i nie będzie to rozgrywka doskonała, ale w praktyce znacznie bardziej poczujecie poukrywane w rozgrywce smaczki i niuanse. Dopiero wówczas zrozumiecie również, jak wiele z pierwowzoru zostało zawarte w niepozornej i prostej (po przestudiowaniu) mechanice.

Na początku rozgrywki każdy z łowców otrzymuje zaledwie podstawowy ekwipunek z tak zwanych „kart początkowych”. Jeśli dany gracz będzie miał wyjątkowe szczęście, być może wylosuje już na starcie lepszą broń, która nieco ułatwi mu życie. Zaręczam jednak, że jest to przewaga tylko pozorna. O ile bowiem jak najbardziej pomaga w pokonaniu stojących na drodze potworów, o tyle prawdziwe zagrożenie mieści się zupełnie w innym miejscu – obok Was, przy stole.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Tak prezentują się „plansze” graczy

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Ta kostka da Wam w kość…

Jest to największa siła karcianki. Oczywiście, jak najbardziej macie możliwość zakładania sojuszów z innymi łowcami i umawiania się co do aktualnych akcji, by zabić co bardziej potężnego bossa czy stwora, ale nie da się ukryć, że dbanie o własny interes staje się kluczowe w osiągnięciu celu. Na domiar złego, większość broni czy zdolności skonstruowanych jest w taki sposób, by, chcąc nie chcąc, zaszkodzić pozostałym graczom. A więc gdy przychodzi już do ostatecznej walki… cóż, Ty albo oni – wybór jest oczywisty. Według zasad nie musicie się również stosować do własnych ustaleń, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by innego łowcę, mówiąc wprost, wyrolować.

Wygrywa łowca, który zbierze największą pulę „Tętnień Krwi”, nie jest to jednak tak proste, jak początkowo się wydaje. Po kilku partiach zrozumiałem, że pewna wygrana w jednej chwili może przerodzić się w spektakularną porażkę. W Bloodborne: Gra Karciana nic nie jest pewne i zawsze należy planować każde posunięcie na kilka kolejek do przodu. A nawet wówczas trzeba mieć oczy z tyłu głowy, bo zabójczy cios może nadejść z każdej strony. W takiej sytuacji warto brać pod uwagę nie tylko silne i słabe strony przeciwnika, ale przede wszystkim poczynania pozostałych łowców. Nie da się bowiem ukryć, że bardzo szybko każdy z graczy zaczyna stosować odpowiednią dla siebie taktyk. Przewidzenie zagrań pozostałych graczy jest więc kluczowe.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

W środku znajdziemy karty potworów, bossów małych i dużych, umiejętności oraz broni


Szef wszystkich szefów

Bloodborne nie byłby jednak Bloodborne’em, gdyby nie przegięci do granic możliwości bossowie. Nie inaczej sprawa wygląda w karciance. Na początku każdej rozgrywki gracze poza wyposażeniem losują kilku przeciwników z puli przeciwników zwykłych i bossów oraz „ostatniego szefa”, który z definicji jest naszym głównym celem rozgrywki. Karty są oczywiście zakryte, nie mamy więc możliwości zapoznania się z przeciwnikami. Pół biedy, jeśli bossów uda zabić się w miarę szybko i są oni rozłożeni pomiędzy prostych przeciwników. Sprawa wygląda gorzej, gdy los zechce postawić graczom wyzwanie, rzucając im kilku bossów pod rząd. Każdy z szefów, nawet tych najmniejszych, ma specyficzne dla siebie zdolności i niektóre z nich potrafią naprawdę dać w kość.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Podczas pierwszej rozgrywki warto pochylić się nad instrukcją; jest czytelna, ale zdarzają się problemy ze zrozumieniem treści

Biorąc pod uwagę taktykę, musicie pamiętać, że niezabity przeciwnik (poza bossami) w jednej turze ucieka z walki, tracicie zatem ewentualne trofea. Niby tragedii nie ma, ale dostaję gęsiej skórki, gdy tylko przypomnę sobie walkę z Micolashem, który przyzywa nową bestię ilekroć łowcy nie zdołają zabić poprzedniej. Nie tylko znacząco wydłuża to rozgrywkę, ale również prowadzi do szybkiej utraty całego sprzętu, bo musicie wiedzieć, że raz użyty oręż przepada i odzyskujecie go dopiero w czasie „Snu Tropiciela”. Wszyscy są więc zmuszeni korzystać z tej specjalnej karty bardzo często, jest ona zresztą jedynym sposobem na pozyskanie nowego oręża lub umiejętności. W czasie naszego odpoczynku jesteśmy też całkowicie odporni na ataki przez jedna turę. Nic, co dobre, nie trwa jednak wiecznie. Po powrocie możecie zastać nowego przeciwnika, o ile pozostali łowcy zabili poprzedniego. Zatem ponownie wpadacie w wir walki i tak w sumie aż do końca rozgrywki.


NIE ŻYJESZ

Powtarzanie akcji brzmi nudno? Nic bardziej mylnego. Multum przeróżnych broni i zróżnicowane zdolności sprawiają, że dosłownie każda tura to nowe wyzwanie. Pokonanie przeciwników daje sporo frajdy i satysfakcji, tak samo zresztą jak wyrolowanie pozostałych graczy. Dewiza znana z „Nieśmiertelnego” jest tu jak najbardziej na miejscu. „Pozostanie tylko jeden” – pytanie, czy będziesz to Ty, czy może ostatni Boss, ale kto tam by czepiał się szczegółów. W grze karcianej Bloodborne nawet umieranie na swój sposób cieszy. Plujemy sobie w brodę, wiedząc, że zaliczyliśmy kolejny zgon przez naszą ignorancję lub ryzyko, które wcale nie było potrzebne. Gra jest wymagająca, trudna w zależności od napotkanych przeciwników, ale przy tym uczciwa.

Papierowi łowcy tną równie mocno. Recenzja: Bloodborne: Gra Karciana

Pudełko przepięknie zdobi półkę z kolekcją! Nie zostanie tam jednak na długo – gra uzależnia

Nie jest to karcianka pozbawiona wad, kilka zasad nawet po kilkukrotnym przeczytaniu wydaje się niejasne. Czasami problematyczne staje się również zrozumienie opisów niektórych kart i trzeba dogłębnie, wspólnie się nad nimi pochylić. Sama rozgrywka sprawia, że trudno od gry się oderwać. Pojedyncze sesje trwają od około trzydziestu minut do godziny, wszystko zależy jednak od opanowania zasad i naszych poczynań. Śmiem twierdzić, że w dobrym towarzystwie przy Bloodborne: Gra Karciana można siedzieć i do rana. Jest to niewątpliwie miła odskocznia od telewizora i świetna alternatywa dla osób, które skończyły już pierwowzór na wszystkie możliwe sposoby. Umieranie naprawdę cieszy.

Egzemplarz gry do recenzji dostarczyło wydawnictwo Portal Games.

7.3 Dobra

PLUSY:
+ Cena
+ Ciekawi przeciwnicy
+ Poczucie ciągłego zagrożenia
+ Szybkość rozgrywki

MINUSY:
- Duży próg wejścia
- Bardzo przeciętne wykonanie
- Miejscami zbyt duża losowość

  • Jakość wykonania 6
  • Grywalność 8.5
  • Cena/jakość 7
  • Ogólne wrażenia 7.5
  • Ocena użytkowników (0 głosów) 0
Podziel się.

O autorze

Paweł Matyjewicz

Dumny tata, pasjonat życia i gier wszelakich. Miłośnik fantastyki. Nazywany geekiem, choć sam uważa, że do tego miana bardzo mu daleko. Wielbiciel przemyślanych światów, również tych papierowych.