Każdy gracz chciałby choć na chwilę wrócić do dzieciństwa i dostać w swoje ręce coś, co przypominałoby mu dawnych czasach. Dziś narzekamy, że gry robione są dla czystego zysku i pod młodą publikę, a developerzy nie zwracają uwagi na oczekiwania starszych fanów. Enter the Gungeon mógł stać się taką sentymentalną produkcją, do której przysiadalibyśmy z łezką w oku.

Niestety efekt ten nie do końca się udał. Jak Hotline Miami jest hack’and’slashem wśród shooterów, tak najnowszy tytuł studia Dodge Roll to shooter między RPG-ami, a dokładniej dungeon-crawlerami (nie spodziewaliście się tego, wiem). Taka mieszanina gatunków nie zawsze wychodzi na korzyść danej produkcji. Muszę stwierdzić, że w tym przypadku połączenie było całkiem ciekawe, choć brakowało mi jednak tej części bardziej RPG.

Zawsze irytowała mnie ta moda na produkcje w 2D, retro-manię i wszechobecną pikselozę. Zastanawiałam się, czy ludzie naprawdę tego chcieli, a tytuły tego typu są odpowiedzą na zapotrzebowanie, czy też może sami developerzy wykreowali ten trend, bo łatwiej skleić do kupy dziesięć pikseli na krzyż niż cyzelować w pocie czoła szczegółowe modele o teksturach odwzorowujących najmniejsze detale. Niestety u mnie sentyment tak nie działa. To, co kiedyś nie raziło, czyli niska rozdzielczość i różne ograniczenia technologiczne, teraz już przeszkadza. I nie chodzi tu o fakt, że mój mózg został przyzwyczajony do fotorealizmu – po prostu nie lubię sztucznego archaizowania. Enter the Gungeon trochę zmienił moje podejście do indyków.

„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”

„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”


Let’s Enter the Gungeon

Wiecie już zatem, że gra teoretycznie nie wyróżnia się niczym oprócz tego, że jest nietypowym połączeniem gatunków. Mamy tu do czynienia z typowym rogalikiem – losowo generowanymi przeciwnikami, lokacjami, mapami, w razie śmierci zostajemy przeniesieni na pierwszy poziom. Za produkcję jest odpowiedzialny pięcioosobowy zespół, w którego skład wchodzą weterani branży, chcący rozpocząć nową działalność i stworzyć niekonwencjonalny tytuł. Udało się, bowiem Enter the Gungeon zaskakuje, mimo niektórych typowych rozwiązań. Sprawdźmy, czym broni się pierworodne dziecko Dodge Roll.

Przede wszystkim najważniejsze jest pierwsze wrażenie i chyba nie muszę pisać, że Gungeon zrobił to świetnie. Luz w mechanice rozgrywki urzeka od samego początku, nie ma niewidzialnych ścian ani żadnych ograniczeń – możemy robić wszystko, co nam się żywnie podoba i rozwalić każdy przedmiot w zasięgu oka. Gra jest również jedną z nielicznych produkcji, których samouczek jest ciekawszy niż cała reszta… To za sprawą świetnej „fabuły”, sporej dawki humoru i rewelacyjnego plot twistu. Szkoda, że w dalszej części rozgrywki to wszystko gdzieś się rozpłynęło i zostało przykryte jakąś niby-historyjką. Jak wspominałam już wcześniej, przydałoby się więcej cech RPG-a.

Ale skoro jesteśmy już przy fabule, jej założenie wygląda tak, że poszukujemy legendarnej broni, potrafiącej zmienić przeszłość, gdyż przyszłość jest już od dawna stracona. W tym celu badamy tytułowy Gungeon, znajdujący się na odległej planecie – krótko i na temat. Całość skupia się zatem na strzelaniu, dlatego też po czasie gra zaczyna męczyć. Szkoda, że zmarnowano ten klimat rodem ze starych jRPG-ów. Brakuje tu jakiegoś bodźca zachęcającego do kontynuowania zabawy. Takim bodźcem powinno być właśnie odpowiednie poprowadzenie historii albo chociaż jeszcze większa dawka humoru.

Enter the Gungeon jest jedną z tych gier, od których po czasie niemiłosiernie boli mnie głowa. Myślę, że to za sprawą między innymi ścieżki dźwiękowej – była dla mnie strasznie drażniąca. I nie jest to kwestia muzyki kreowanej na wzór 8-bit, bo nawet taka stylizacja potrafi być przyjemna dla ucha, jeśli jest odpowiednio zastosowana. Ta z Gungeona ma po prostu w sobie coś, co mnie cholernie odrzuca. Ostatnią produkcją wywołującą u mnie takie reakcje był Octodad: Dadliest Catch. Błagam, nigdy więcej.

Być może dzieło studia Dodge Roll wciągnęłoby mnie bardziej, gdyby posiadało więcej interakcji między postaciami i ciekawsze uniwersum, a mniej strzelania. Mechanika rozgrywki prezentuje sobą naprawdę wysoki poziom i jestem pewna, że wielu osobom dostarczy nieziemskiej frajdy. Twórcy musieli się nieźle bawić podczas wymyślania tych wszystkich torów wystrzeliwanych pocisków. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby można je było omijać za pomocą jakiegoś wzoru matematycznego. „Hm, kąt wystrzału wynosi trzydzieści stopni, więc z tą prędkością muszę zrobić unik w stronę godziny dwunastej za siedem sekund i pięć setnych…” Enter the Gungeon wymaga nie lada umiejętności i założę się, że trafi kiedyś do e-sportu. Myśleliście kiedykolwiek, że jesteście nieźli w te klocki, a zręcznościówki to dla Was chleb powszedni?


Ta gra udowodni Wam, że żyliście w błędzie

Pierwsze wrażenie mamy za sobą, skupmy się więc na konstrukcji Gungeona. Do wyboru mamy cztery postacie – marine, pilota, skazaną lub łowczynię. Mówią, że na początek najlepiej wziąć sobie żołnierza, bo ma najlepszą celność. Jeśli o mnie chodzi, to najwygodniej sterowało mi się łowczynią, choć to za pomocą pilota doszłam najdalej. Jej kusza jest wolna, ale zadaje największe obrażenia ze wszystkich defaultowych broni, a ponadto bohaterce towarzyszy piesek, który niestety nie jest pomocny w walce, ale za to szuka ukrytych przedmiotów, a tych w grze jest sporo. Enter the Gungeon wprost uwielbia tajemnice, więc bądźcie czujni i wypatrujcie wszelkich anomalii, jak pęknięcia na ścianach (najpierw trzeba ostrzelać pomieszczenie za pomocą jakiejś nabytej broni) czy podejrzanie wyglądający obraz. Łączcie ze sobą fakty – jeżeli właśnie dostaliście broń strzelającą śnieżnymi kulkami, dlaczego by nie użyć jej na kominku?

Na każdym levelu Gungeona natkniecie się na tajemnicze skrzynie, które również mają swoje poziomy (brązowa<niebieska<zielona<czerwona<czarna). Należy starać się otwierać je kluczami, wtedy jest szansa na to, że dostaniemy jakąś legendarną broń, pomocny przedmiot czy serce. Można również spróbować użyć wytrycha, ale jeśli zawiedziecie za pierwszym podejściem, skrzynia przepadnie. Jest jeszcze jeden sposób na „otworzenie” swojej nagrody, czyli zniszczenie jej za pomocą broni. Niestety wtedy zwykle wypadają śmieci, choć nadal są małe szanse na zdobycie czegoś przydatnego. Ale spokojnie, nawet to ma swoje pozytywy.

U sprzedawcy grasuje bowiem zielony stworek, w którego możemy rzucać niechcianymi rzeczami, a on z wdzięczności daje nam za to monety 🙂 Pieniądze zawsze się przydadzą, bo kupiec bardzo ceni swoje towary, a my musimy być przygotowani na najgorsze.

„Poratuj lajkiem, kierowniku, do fanpejdża zbieram, uczciwie mówię”

„Poratuj lajkiem, kierowniku, do fanpejdża zbieram, uczciwie mówię”

Całe szczęście Enter the Gungeon należy do kategorii roguelike, dzięki czemu wszystkie poziomy i stwory, a nawet bossy generują się losowo, więc choćbyście za żadne skarby nie mogli przejść pierwszego poziomu i spędzili w nim ponad dziesięć godzin, możecie mieć pewność, że nie zanudzicie się na śmierć, bo za każdym razem napotkacie na swojej drodze coś innego. Zdarzało mi się nawet, że po kilku godzinach prób pojawiali się zupełnie nowi przeciwnicy, których nie uświadczyłam nigdy wcześniej.

I również całe nieszczęście, że Enter the Gungeon należy do kategorii roguelike. Niestety nigdy nie przepadałam za tym gatunkiem, bowiem wszystkie jego zalety sprowadzają się do największego minusa danej produkcji, czyli permadeath. Nienawidzę tego i tyle. Usuwanie wszystkich moich postępów przez jedną śmierć mnie irytuje i właśnie przez to po pewnym czasie porzuciłam Gungeona. Nasza rozłąka nie trwała jednak długo, bo produkcja po prostu ma coś w sobie i w sam raz nadaje się na nudne wieczory bądź jako odskocznia dla osób, które grają w inne gry w przerwach między tym jednym głównym tytułem 😉

W Enter the Gungeon ten komunikat będziecie widywać baaardzo często – gorzej niż w Dark Souls

W Enter the Gungeon ten komunikat będziecie widywać baaardzo często – gorzej niż w Dark Souls


Takiego rogalika jeszcze nie jedliście

Enter the Gungeon broni się przede wszystkim pomysłem na siebie i niezwykłą oryginalnością. Im więcej czasu w nim spędzicie, tym bardziej uzależnia – trzeba się po prostu przebić przez pewnego rodzaju barierę. U mnie działało to na zasadzie sinusoidy – pierwsze wrażenie nieziemskie, po jakimś czasie emocje opadły i gra zaczęła mnie irytować (głównie przez tę muzykę – rany boskie, katorga dla moich uszu), ale nawet się nie spojrzałam, a już spędziłam w niej kilka godzin i chciałam coraz więcej.

Ale skoro już o rogalikach mowa (uwaga, metaforycznie! 🙂 ), na pewno znacie to uczucie, gdy jecie sobie jakieś ciacho i jest tak cholernie dobre, że pozostawia niedosyt i chcecie więcej – myślicie więc sobie: „czemu nie, kupię jeszcze jedno”. I po zjedzeniu tego drugiego okazuje się, że jest trochę za słodko i niedobrze, że lepsze było jednak to wcześniejsze uczucie niedosytu. Mam zatem nadzieję, że nowo powstałe studio zawsze będzie nas pozostawiać w tym fajnym nienasyceniu i ciągle zaskakiwać coraz to nowymi wrażeniami. Enter the Gungeon wypalił i jest jak najbardziej wart zagrania.

7.2 Bardzo dobra
  • Grafika 8
  • Audio 6
  • Grywalność 9
  • Cena/jakość 6
  • Ogólne wrażenia 7
  • Ocena użytkowników (1 głosów) 7.8
Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.