A gotowanie i jedzenie może być lepsze od… wszystkiego. Zawsze bawi mnie, gdy ktoś opisuje siebie jako zwolennika dobrego jedzenia – a kto z nas nim nie jest? Uwielbiamy piękne i smaczne potrawy. No, przynajmniej ja uwielbiam. Wszędzie. Zawsze. W komiksach, grach, filmach, książkach, na żywo. Kolejność przypadkowa.

Istnieje w moim przypadku taka zależność, że jeśli dane dzieło wykorzystuje w oryginalny i ciekawy sposób motyw jedzenia, to bardzo mnie przyciąga do niego. Szaleję za systemem gotowania w Final Fantasy XV, gdzie można zbierać dziesiątki przepisów, a każda potrawa zostaje nam pokazana z bliska, skomentowana przez bohaterów, którzy otrzymują dzięki niej dodatkowe efekty i statystyki. Wybór potrawy, którą bohaterka przygotuje na randkę w Beyond: Two Souls niesamowicie spotęgował u mnie immersję i sprawił, że naprawdę zaczęłam się tą randką przejmować.


Smaczna animacja

Poza tym sama lubię gotować i eksperymentować w kuchni. Nic więc dziwnego, że gdy w kwietniu 2015 roku w Japonii wyemitowano pierwszy odcinek Shokugeki no Souma, byłam zachwycona. Znajome i porządne studio, piękna kreska, cudowna tematyka – nie jest to może jedno z najlepszych anime, jakie w życiu oglądałam, ale bardzo zapadło mi w pamięć ze względu na niekonwencjonalne podejście.

Statyczność może być lepsza niż animacja! Recenzja pierwszych pięciu tomów mangi Kulinarne Pojedynki

Pierwsze pięć tomów zachwyca

Jakiś czas temu polskie wydawnictwo Waneko postanowiło przedłużyć żywotność tego hitu i wydać jego pierwowzór, czyli mangę. Z ciekawości przeczytałam pierwsze pięć tomów i nie mogę się doczekać, kiedy dostanę ich więcej.

W rodzimym wydaniu Shokugeki no Souma przetłumaczono jako Kulinarne Pojedynki, ale puryści językowi, w tym ja, mogą spać spokojnie – wydawnictwu udało się pójść na kompromis i pod polskim tytułem mieści się oryginalny. Nie powinien ten przekład jakkolwiek budzić podejrzeń i przeszkadzać w odbiorze, bo Waneko słynie z bardzo dobrych tłumaczeń. Bardziej niż o jakość wydania martwiłam się o sam materiał źródłowy – w wersji animowanej płynność stała na wysokim poziomie, przygotowywane potrawy były rysowane szczegółowo i po prostu przepięknie, a muzyka i głosy postaci budziły zachwyt. Jak statyczna manga mogła przebić coś bliskiego ideału? Mogła. I zrobiła to dziesięciokrotnie.


Wykwintny komiks

Myślę, że jest to zależne przede wszystkim od dwóch kwestii: tempa akcji i naturalnego prowadzenia dialogów (czyli w tym przypadku również świetnego tłumaczenia, pani Beata zasługuje na awans!). Wydarzenia w mandze przedstawione są płynniej, szybciej, a postacie wydają się być lepiej kreowane. Tych mamy bardzo szeroki wachlarz, jak to w shounenach bywa. Wśród nich najjaśniej świeci protagonista, Souma Yukihira, gotujący razem z ojcem w rodzinnej restauracji. Piętnastolatek jest jednak ambitny i jego największym marzeniem jest stać się lepszym kucharzem od zdolnego taty. W splocie wydarzeń trafia do elitarnej Akademii Ceremonii Parzenia Herbaty i Gotowania Tootsuki, którą kończą tylko nieliczni, a w której wszystkie konflikty można rozwiązać za pomocą Shokugeki, czyli pojedynków kucharzy.

Statyczność może być lepsza niż animacja! Recenzja pierwszych pięciu tomów mangi Kulinarne Pojedynki

Polska obwoluta mangi

Manga czerpie wiele inspiracji z klasycznych shounenów i ulepsza je – wiemy na przykład, że główny bohater nie może odpaść z elitarnej szkoły i tak czy siak zostanie najlepszy, ale cała jego droga od zera do bohatera przedstawiona jest bardzo naturalnie, podobnie jak w Boku no Hero Academia.

Jeśli chcecie poznać historię Soumy, polecam najpierw przeczytać mangę, a później sięgnąć po wersję animowaną – sprawdźcie, co bardziej przypadnie Wam do gustu. Pamiętajcie jednak, żeby pod żadnym warunkiem nie czytać/oglądać na pusty żołądek. Co warto zaznaczyć, na koniec każdego rozdziału w komiksie znajdziecie dokładne przepisy z przygotowywanych dań – 1:0 dla mangi zatem.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.