Jestem wielką fanką Naruto. To miłość, która dojrzewa we mnie od lat i z dnia na dzień coraz bardziej tę serię lubię. Siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na premierę Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy. Mieć wszystkie części sagi na jednej konsoli? Cudo!

I z jednej strony się cieszę, bo to gra, która kompletnie się nie zestarzała i jest niesamowicie przyjemna, ale z drugiej czuję głębokie rozczarowanie. Fakt, że nie jest to pełnoprawny remaster, jednak twórcy zapowiadali, iż podrasują go graficznie. Zamiast tego otrzymałam małego potworka – od Naruto: Ultimate Ninja Storm, czyli pierwszej części kompilacji, niemal natychmiast się odbiłam. Jakiś czas później, nie ukrywam, zmusiłam się do gry, recenzja się w końcu sama nie napisze.

Byłam zachwycona, że gra z 2008 roku nadal może być tak cholernie grywalna i zaskakująca. To właśnie jest wyznacznik dobrych produkcji, a japońska szkoła ma w sobie coś takiego, że ich tytuły wcale się nie starzeją, niezależnie od tego, czy mają dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat. Pod względem mechanik oczywiście. Graficznie to już zupełnie inna bajka…


Jak się nie narobić, żeby zarobić

Jak zostałam hokage po raz drugi. Recenzja: Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy

Przez grafikę można się początkowo odbić od pierwszej części – jeśli jednak dacie jej szansę, zakochacie się na zabój

Cyberconnect2 z pewnością nie wzięło przykładu ze swojego bohatera. Gdyby Naruto był tak leniwy, jak pracownicy studia, nigdy nie zostałby hokage. Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy to graficzny koszmar: niestabilne trzydzieści klatek na sekundę od pierwszej części, która przecież ukazała się w poprzedniej generacji, kompletny brak antyaliasingu (grafika wcale nie jest tak wymagająca, żeby na PS4 w ogóle nie uwzględnić wygładzania krawędzi), poszarpane cienie, błędy w animacjach i, co najgorsze – renderowanie się obrazu na oczach gracza. I to nie tak, że się czepiam, bo zwracam uwagę na detale i potrafię chodzić godzinę po mieście, żeby zobaczyć, jak zaprogramowano przechodniów. Uwierzcie mi, że ja nawet próbowałam na to nie zwracać uwagi.

Niestety – nie da się. W którąkolwiek stronę bym nie patrzyła, wciąż widziałam modele postaci pojawiające się pięć metrów przed moim bohaterem. Nie jest to problem pierwszych części, nie wyeliminowano tego nawet w najnowszej, która ukazała się przecież w zeszłym roku. Nie da się, po prostu nie da się nie zwracać na to uwagi. A ja myślałam, że gorzej niż z magicznie wyrastającą trawą w Wiedźminie 3 być nie może.

Jak zostałam hokage po raz drugi. Recenzja: Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy

Nie wiem, czy to pocieszenie, ale nie, angielska wersja wcale nie jest lepsza. Tak, wirująca sfera to rasengan

Z kwestii jeszcze technicznych, dwie bardzo ważne rzeczy: grajcie z dubbingiem japońskim. Nie tylko dlatego, że jest nieporównywalnie lepszy od angielskiego, ale przede wszystkim dlatego, że takie Boruto (obszerne DLC do Ultimate Ninja Storm 4) nie posiada w ogóle wersji angielskiej. Głupio byłoby więc przejść połowę tak, a później przerzucać się na zupełnie inne głosy postaci. Poza tym, co uważam za skandal, pierwsze trzy gry nie mają języka polskiego. Znowu możemy odczuć pewien dysonans, bo w część gramy po angielsku, a w część – jeśli chcemy – po polsku. Tłumaczenie co prawda w obu wersjach pozostawia wiele do życzenia… Więc idźcie się uczyć japońskiego.


Co nagle, to po Boruto

No tak, ale ocena 7.5 znikąd się nie wzięła (wiem, że zjechaliście od razu na sam dół – hej, też tak robię). Niesamowitym przeżyciem było dla mnie przede wszystkim móc od nowa poznać kompletną historię Naruto (i jego syna!) za sprawą odrobinę odświeżonych gier, które przeszłam już kilka lat temu. Sceny fabularne wyreżyserowane są kapitalnie. Autentycznie, gdyby moje oczy mogły rozpłynąć się z rozkoszy, to teraz dyktowałabym te słowa Pawłowi. Nie mogłam oderwać się od ekranu, zwłaszcza od DLC z Boruto (niepopularna opinia – polecam zagrać najpierw w tę część). Co cieszy, podczas cutscenek nie uświadczyłam żadnych spadków klatek, a antyaliasing nagle się pojawił.

Jak zostałam hokage po raz drugi. Recenzja: Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy

Ultimate Ninja Storm pod względem mechaniki nie zestarzało się ani trochę – walki angażują i zapierają dech w piersiach już od „jedynki”

Świetnie również obserwuje się zmiany od pierwszej części – już w Naruto: Ultimate Ninja Storm mechanika rozgrywki była bardzo płynna, szybka i przyjemna i w tej kwestii tak naprawdę niewiele się zmieniło. Walki były i są na bliźniaczym poziomie. Zmieniły się natomiast poboczne aktywności i dodatkowe opcje. Przykładowo, w pierwszej odsłonie musimy wykonywać najróżniejsze zadania poboczne, by ruszyć z fabułą (której jest w „jedynce” niewiele, a szkoda), w drugiej od razu widać zmianę i nacisk położono na widowiskowe cutscenki, w trzeciej pojawiają się wybory (iluzoryczne lub nie) oraz zupełnie nowe sposoby na rozgrywanie walk (na przykład skakanie po dachach podczas bitwy). Czwarta część, ku mojemu zaskoczeniu, jest tak naprawdę najmniej rozwinięta względem swoich poprzedniczek, choć piękna i szalenie wciągająca.

Całość tworzy po prostu przepiękną, zaskakującą i dynamiczną historię. Scenki są lepsze i piękniejsze niż w anime, szkoda tylko, że Bandai Namco nie wykupiło licencji na oryginalny soundtrack – przez to różnica w ścieżkach dźwiękowych z gry i serii TV jest kolosalna, na niekorzyść tego pierwszego.

Każda część charakteryzuje się wyjątkowymi, bardzo ciekawymi aktywnościami


Ramen poproszę, dattebayo!

Jeśli natomiast znudzicie się kampanią fabularną, każda część Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm Legacy ma również do zaoferowania tryb multiplayer, który pozwala na rozgrywanie potyczek zarówno przez internet, jak i na podzielonym ekranie. Zabawy będzie sporo, bo Ultimate Ninja Storm to seria niezwykle dobrych bijatyk. Stawiam ją na równi z moim ukochanym Mortal Kombat.

Biorąc jednak pod uwagę stan techniczny kompilacji, 280 zł to cena stanowczo za wysoka. Sama gra jest bardzo wciągająca, cholernie grywalna i wdzięczna, a przede wszystkim wspaniale wyreżyserowana – warto mieć ją w swojej kolekcji, po prostu poczekajcie, aż stanieje.

Recenzja w oparciu o wersję na PS4. Kopię gry dostarczyła firma Cenega.

7.5 Mogło być lepiej

PLUSY:
+ Triple W! Wciągająca, wielowątkowa i wyjątkowa fabuła
+ Reżyseria
+ Dynamiczna i przyjemna mechanika już od pierwszych części
+ Dużo zróżnicowanych aktywności, nie sposób się nudzić
+ Naruto!
+ Przepiękna grafika...

MINUSY:
- ...niestety tylko w cutscenkach
- Częste spadki płynności
- Wygórowana cena
- Mimo że postanowiono wydać całą kompilację, nie stanowi ona jedności – nie każda część posiada polskie napisy czy angielski dubbing

  • Grafika 7
  • Audio 8
  • Grywalność 9
  • Cena/Jakość 6
  • Ogólne wrażenia 7.5
  • Ocena użytkowników (1 głosów) 7.3
Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.