Nie cierpię survival horrorów. Nienawidzę. Są nudne jak flaki z olejem, nie straszą – męczą. Okropecznie. No tak, to po cholerę bierze się taka za recenzowanie gry z gatunku, którego nie trawi? Phantaruk zachwycił mnie trailerem i swoim klimatem, więc postanowiłam, że biorę!

Czy warto było dać szansę jakiejś niskobudżetówce polskiego studia? Oj, warto. Polyslash odwalił kawał niesamowitej roboty – rośnie nam w Krakowie fenomen na miarę drugich RED-ów.


Phantaruk – polskie SOMA, ale lepsze!

Początkowo produkcja bardziej kojarzyła mi się z Outlastem, ale sądzę, że to byłoby bardzo krzywdzące porównanie, bowiem Phantaruk powalił tego drugiego na kolana. W naszym zestawieniu gier z 2015 roku to właśnie SOMĘ uznałam za jedną z najlepszych pozycji wśród horrorów. Okazuje się, że tytuł rodzimych developerów spokojnie mógłby konkurować z tymi wychodzącymi spod szyldów wielkich korporacji.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

A co to? Mod dodający tryb FPP do Dead Space? Nie, to Phantaruk!

A skoro już przy porównaniach jesteśmy i w ogóle, to bałam się, że Phantaruk okaże się czymś w rodzaju Kholata, którego zwiastunem także nieźle się podekscytowałam. Kholat okazał się jednak kolejną, nudną chodzonką – niczym innowacyjnym, niczym zaskakującym. W przeciwieństwie do niego Polyslash po prostu pozamiatał i stworzył dzieło dopieszczone pod każdym względem.

W produkcji pierwsze skrzypce gra fabuła, a kroku dotrzymuje jej niespotykany klimat – mechanika rozgrywki jest tu tylko miłym dodatkiem, uwieńczeniem, taką wisienką na torcie. Bo w pewnym momencie zwrócicie uwagę na to, że przez całą grę wykonywaliście te same czynności, ale nawet Wam to nie przeszkadzało, bo przedstawiana historia była tak cholernie wciągająca.

O czym zatem jest ten cały Phantaruk? Akcja rozgrywa się w dalekiej przyszłości, rzecz jasna. W pewnym momencie na Ziemi wybuchła epidemia wirusa zmutowanej ospy. Chorych zaczęto izolować w gettach, które powstawały głównie na obrzeżach miast oraz w grotach skalnych. Tak odizolowani zarażeni stworzyli sobie całkiem sporą społeczność, opierającą się na wierzeniu w tytułowe bóstwo. I taki jest fundament przedstawionego uniwersum.

Fundament niesamowity, bo rzadko w survival horrorach spotyka się tematykę sensu istnienia, ludzkiej egzystencji, wiary oraz tak ambitnego, dojrzałego i nie wykorzystanego wcześniej podejścia do utopii czy ideologii transhumanizmu. Można tu nawet dostrzec odwieczny konflikt idealizmu z pragmatyzmem.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

Ty i Twoje marzenia. Niby zabawne, ale trochę smutne

A jaka jest Wasza rola w tym wszystkim? Budzicie się na statku kosmicznym, po którym grasuje… coś, co musicie sami zinterpretować. Musicie się z niego wydostać i dowiedzieć, co się wydarzyło. Ktoś robił tu nieetyczne i nielegalne eksperymenty na swojej załodze.

Ktoś stworzył tu jeden z najlepszych horrorów ostatniej dekady. Gratulacje, Polyslash. Wielkie gratulacje.


Ta gra jest dla mnie za straszna

Ta gra jest tak straszna, że ciągle chciałam ją wyłączyć, bo za bardzo się bałam, ale zbyt mnie wciągnęła. Ta gra jest tak straszna, że pisałam do mojego naczelnego, czy muszę ją przechodzić, bo za bardzo się boję. Ta gra jest tak straszna, że w ogóle – bałam się. Ja.

Być może wydaje się to dziwne osobom, które mnie nie znają, ale piszę to wszystko jako osoba, która nigdy nie lubiła i nie bała się horrorów, bo były dla niej nudne i bezsensowne. Phantaruk równa się dla mnie stu kilogramom w gaciach.

Cały zamysł tego jest prościutki – chodzicie po statku, zbieracie strzykawki i musicie ciągle pilnować poziomu zatrucia, bo nasz bohater też na coś choruje. Szkoda tylko, że każdy poziom polega na tym samym; szukacie kodu albo karty dostępu do drzwi, żeby dostać się na inne piętro, zbieracie te strzykawki i jeszcze baterie do latarki. Ale, jak wspominałam wcześniej, wszystko to jest objęte tak dobrą fabułą, że paradoksalnie powtarzalności w gameplayu się nie zauważa. Polskim developerom udało się zachować idealny balans między każdym aspektem rozgrywki.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

Użyteczne przedmioty się świecą, więc nie martwcie się, że sobie nie poradzicie

Jak widać na powyższym screenie, przydatne przedmioty zawsze są podświetlone jaskrawoniebieskim kolorem. Wszystko zatem jest bardzo proste, ale mimo wszystko nie za proste – poziom trudności został bardzo wyważony, żeby gracz przypadkiem nie skupiał całej swojej uwagi na rozwiązywaniu zagadek, ale też żeby nie był bez przerwy skoncentrowany na strachu. A strach jest. Oj, jest.

Gra jest naprawdę dobra, gdy co pięć minut muszę się uspokajać i powtarzać sobie, że to tylko gra. Phantaruk stresuje, trzyma w napięciu i wciąga – i mówię to ja, przeciwnik survival horrorów. Tu wszystko powoduje arytmię serca, bo jak nie macie na głowie tego głupiego potwora, to brak odtrutki w zanadrzu sprawia, że Wasza przyszłość maluje się w ciemnych barwach. No a później pojawia się jeszcze kilka innych straszących elementów – zarówno żywych, jak i martwych.

Dajmy na to chociażby fakt, że Phantaruk nigdy nie da Wam satysfakcji z wykonanego zadania. Zawsze jak coś się uda, to coś po drodze się posypie. Ale jakimś cudem to nie irytuje. Zwykle, gdy coś mnie zabija po raz setny, to zaczynam się denerwować, a gra mnie wkurza – ale tu jakimś cudem to nie irytuje. Nie istnieje takie słowo jak „irytacja”. Phantaruk to czysta przyjemność i relaks, o ironio.

Na tegorocznej edycji Letniej Akademii Gier miałam okazję wysłuchać świetnego wykładu Konrada Czernika, grafika z Techlandu. Konrad wspominał, że podczas projektowania potworów zawsze patrzy, co bardziej przeraża ludzi i jak można wspierać wydźwięk emocjonalny w grze poprzez warstwę wizualną. Mam wrażenie, że zespół Polyslash również składa się z takich profesjonalistów, bo Phantaruk pod tym względem jest wykonany absolutnie perfekcyjnie.

Tu nie będzie Was straszył jedynie jakiś stworek. Tu właściwie wszystko jest przerażające. W pewnym momencie fabuła produkcji zdaje się odbiegać od grasującego po okręcie mutanta. Nic bardziej mylnego – nie możecie nawet przez chwilę stracić czujności.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

Szyb wentylacyjny – jedyne miejsce, w którym bez obaw można świecić latarką


Widać, że to dzieło Polaków

Często w grach zdarza mi się nie ogarniać fabuły lub nie wykonywać masy misji pobocznych ze względu na to, że nie mam ochoty na czytanie czyichś nudnych notatek. To kolejna rzecz, którą Polyslash wykonał mistrzowsko. Przez znaczną część produkcji odsłuchujemy i czytamy dzienniki prowadzone przez bardziej lub mniej ważne postacie. To bez wątpienia jedne z najlepszych rzeczy, jakie było mi dane przeczytać w moim życiu. Dawno się tak nie uśmiałam. I nie wzruszyłam.

Nie dość, że są napisane w niezwykle przyjemnym języku, to jeszcze są odpowiedniej długości, żeby nie znudzić podczas czytania. Bawią, kiedy trzeba, straszą, kiedy trzeba. Phantaruk to po prostu prawdziwa sztuka, czerpiąca inspiracje z najlepszych dzieł science-fiction, pełna aluzji literackich oraz motywów nie spotykanych do tej pory w branży gamingowej.

Ciężko mi natomiast ocenić warstwę audio – ogólnie muzyka nie gra, a jak już gra, to w typowych momentach. Niczego odkrywczego pod tym względem tu nie znajdziecie. Jakość dźwięków jednakże oceniam na bardzo wysokim poziomie. Można łatwo wczuć się w klimat ciężkiego statku, ponadto odgłosy wydawane przez protagonistę są bardzo naturalne. Poza tym gra aktorska jest w porządku, nie to co w produkcjach Artifexu, gdzie słychać, że nie pracowali nad tym profesjonaliści 😉 Bardzo ich lubię, ale dubbing Artifexu to zgroza.

Phantaruk niezwykle połączył voice acting ze stylem pisarskim, jeśli mogę nazwać tak randomowe notatki znajdywane na biurkach i lodówkach. Niesamowite jest to, że przywiązujemy się do postaci i wyobrażamy je sobie, mimo że nigdy nie będzie nam dane się z nimi zobaczyć – możemy tylko czytać i odsłuchiwać dzienniki.


Phantaruk, czyli problemy egzystencjalne i… techniczne

Ponarzekać też sobie muszę, nie ma tak dobrze.

Grafika w polskim horrorze jest śliczna i niezwykle szczegółowa. To chyba jeden z najpiękniejszych stylów artystycznych, z jakimi miałam do czynienia. Gra świateł – mistrzostwo.

Niestety ta piękna grafika musi mierzyć się z wieloma problemami. Phantaruk ma ogólnie coś skopane z ustawieniami – przy każdym włączeniu resetuje się rozdzielczość, ponadto coś jest nie tak z korekcją gamma. Jak możecie zauważyć, screeny w recenzji są trochę brzydkie i odrobinę za jasne, a w grze jakkolwiek nie ustawicie jasności, to i tak jest mega ciemno. I nie, to nie ja mam zepsutą matrycę. Serio, nie.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

Teraz jest jasno, ale podczas rozgrywki nie widziałam praktycznie nic. A latarką się przecież świecić boję

Tak à propos światła, to czasami śmieszy mnie to, że Phantaruk(?) przemieszcza się w miejsca mojego pobytu z prędkością światła, coby mnie jeszcze trochę postraszyć. Takie to trochę mało logiczne, ale przyznaję, że mu wychodzi.

Co dziwne: nie wiem sama, czy świadczy to o dobrej, czy złej optymalizacji, bo gra chodzi tak samo niezależnie od ustawień graficznych. Low? Ultra? Tak czy siak klatki wahają się między dwudziestoma a trzydziestoma na sekundę. W jakości otoczenia jakoś specjalnie tego nie widać, ale ja grałam na ultra, bo stwierdziłam, że skoro płynnością nie powala, to przynajmniej się napatrzę na detale. A widoczki są ładne 🙂

Phantaruk to niestety także masa literówek i mnóstwo błędów interpunkcyjnych. I o ile w dziennikach znalezionych u załogantów mogłabym to zrozumieć, bo nie każdy na statku w sytuacji kryzysu musi posługiwać się poprawną polszczyzną, tak nie rozumiem tego w napisach i przypisach. Tu już człowiek odpowiedzialny za to wykazał się… ignorancją? Zbytnim pośpiechem? Przeoczeniem? Nie wiem, ale mnie to denerwuje, bo trochę obniża jakość odbioru produkcji. Czasami nawet zdarzają się nieprzetłumaczone kwestie.

Recenzja: Phantaruk – mamy horror roku

A to łajdak!

Ale mimo wszystko – gratulacje dla Polyslash po raz kolejny. Napisy końcowe trwają może pół minuty, bo studio liczy sobie zaledwie kilka osób. I tak jest świetnie jak na tak małą grupę, gdyby porównać ją chociażby do Bugisoftu. Ale to chyba kolejne krzywdzące porównanie.


Phantaruk na VR, proszę!

Proszę, proszę, muszę w to zagrać na VR! Nie, nie dam rady, umarłabym ze strachu… Ale tak bardzo chcę!

Phantaruk jest ge-nial-ny. Podczas rozgrywki ciągle się zastanawiałam, czy te dziwne dźwięki dochodzą ze słuchawek, czy z zewnątrz. A jak uciekałam, to czułam czyjąś obecność w pokoju („mamo, zrób mi kanapki, bo zaraz noc w Minecrafcie”). Rany, co za immersja. Jeśli granie ze słuchawkami w ciemnym pomieszczeniu powoduje takie stany, to co dopiero gogle wirtualnej rzeczywistości.

Produkcja rodzimych developerów ma masę genialnych rzeczy, którymi chciałabym się podzielić, ale nie chcę Wam psuć zabawy z odkrywania. Kupujcie zatem w tej chwili, przechodźcie i dawajcie znać w komentarzach – i mówię to ja, odwieczny hejter survival horrorów. Z całego serca polecam.

8.0 Must play!

Pozwólcie mi powtórzyć się raz jeszcze: gratulacje, Polyslash. Wielkie gratulacje. I mówię to ja, odwieczny wróg survival horrorów.

  • Grafika 9
  • Audio 7
  • Grywalność 8
  • Cena/jakość 8
  • Ogólne wrażenia 8
  • Ocena użytkowników (1 głosów) 9.8
Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.