W Syndicate i Syndicate Wars zagrywałem się bez opamiętania i gry te do dziś pozostają w mej pamięci. Satellite Reign też tam na długo zostanie, choć z zupełnie innych powodów.

Czasy, w których każda gra budziła we mnie emocje już bezpowrotnie minęły. Jasne, nadal zdarzają się takie tytuły. Uroniłem łzę nad końcówką Valiant Hearts, a kilka godzin z This War of Mine dało mi sporo do myślenia, ale na liście dużo więcej gier się nie znajduje. Dotyczy to nie tylko odczuć związanych z przeżywaniem historii, ale rozgrywki w ogóle. Nie zrozumcie mnie źle, granie nadal sprawia mi masę frajdy i nie wyobrażam sobie, abym miał zrezygnować z tej formy spędzania czasu, ale najzwyczajniej w świecie podchodzę do tego z większym dystansem, niż kiedyś.

Czasem jednak coś we mnie pęka i na dany tytuł oraz studio za niego odpowiadające nie tyle się wkurzam, co wściekam. Dokładnie tak jest w przypadku 5 Lives Studios i ich Satellite Reign, duchowego spadkobiercy genialnej serii Syndicate.


I co ja robię tu?

Tło fabularne jest stare jak cyberpunk. W przyszłości jedna z korporacji, Dracogenics, opracowała technologię przenoszenia świadomości między ciałami, albo innymi słowy – wymyśliła nieśmiertelność. To przykuło uwagę najbogatszych tego świata i firma bardzo szybko rozrosła się na tyle, by zacząć kupować sobie kolejne rządy. Policja, urzędy, służba zdrowia, wojsko – wszystko zostało sprywatyzowane. Profesor Balcerowicz byłby dumny. Jak nietrudno się domyślić, ludności niespecjalnie się to spodobało i zaczęły wybuchać kolejne zamieszki, za każdym razem krwawo tłumione. To wszystko doprowadziło do stanu, w którym mieszkańcy przeludnionych miast żyją pod ciągłą kontrolą kamer, dronów i funkcjonariuszy policji.

Recenzja: Satellite Reign

Największym nawiązaniem do Syndicate jest możliwosć wybrania loga…

Do jednego z takich miast trafia gracz, który wciela się w rolę… no właśnie, kogo? Prezesa kolejnej korporacji z aspiracjami? Przywódcy ruchu oporu? Nadświadomości sterującej grupą agentów? Cholera wie, na szczęście jest strona gry, z której dowiadujemy się, że jesteśmy członkiem organizacji. Fajnie, zawsze chciałem być członkiem. Jako rzeczony członek obejmujemy dowództwo nad grupą innych członków, tutaj nazwanych agentami. Jest ich czterech, w teorii są świetnie wyszkoleni i podzieleni na klasy.

Na razie nie jest źle, prawda? Historia co prawda trochę szablonowa, ale to cyberpunk, więc nadal pasuje. Zresztą pierwowzory też specjalnie w tej kwestii nie zaskakiwały. Można by też przyczepić się do faktu, że mapę świata zamieniono na jedno miasto, ale to też nie jest problemem, a gra ma ich naprawdę sporo.


Cyberpunk bardzo. Klimat duży. Wow!

To trzeba chłopakom z 5 Lives przyznać, na podstawowym poziomie udało im się zbudować całkiem fajny świat, wręcz ociekający cyberpunkiem. Miasto żyje, pełno w nim przechodniów, samochodów, neonów i tablic reklamowych. Wielkie budynki świetnie kontrastują z porozrzucanymi wszędzie straganami kojarzącymi się z Shadowrun, a ulice patrolowane są przez policjantów, często w towarzystwie dronów. Do tego ta specyficzna kolorystyka. Niby wszystko ładne i świecące, ale jednocześnie szare i ponure. Samo miasto jest ogromne, podzielone na cztery sektory, ale też sprawiające wrażenie ciasnego i przeludnionego. Dokładnie tak, jak można by sobie wyobrażać przyszłość.

Recenzja: Satellite Reign

Drapacze chmur i neony mieszają się ze straganami i lampionami

Problem w tym, że to wszystko jest fajne na pierwszy rzut oka. Co z tego, że miasto żyje, skoro każdy wygląda tak samo? Grając miałem wrażenie, że w przyszłości został tylko jeden projektant mody. Rodzaje pojazdów też nie są zbyt zróżnicowane. Takie coś można wybaczyć pierwszemu Syndicate, grze z 1993 roku, ale nie współczesnej produkcji. To już nawet wydany trzy lata później Syndicate Wars miał latające pojazdy. Wiecie, czego jeszcze nie ma Satellite Reign, a co miały gry, na których się wzoruje? Możliwości poprowadzenia któregokolwiek z samochodów. Opcja taka była jeszcze w Early Access, ale ostatecznie została usunięta, bo „średnio działała”. Może kiedyś wróci.

Duży, otwarty świat w postaci megapolis to pomysł równie fajny, co irytujący. Poszczególne sektory są naprawdę ogromne, co niestety powoduje problemy z poruszaniem się. Do samochodu nie wsiądziemy, a ponadto okazuje się, że w przyszłości stawia się głównie na spacerowanie, bo transportu publicznego nie uświadczymy (tak, zarówno Syndicate jak Syndicate Wars miały pociągi miejskie). Zamiast tego po mapie rozrzucone są specjalne nadajniki, do których możemy się teleportować. Wszystko fajnie, ale najpierw trzeba je odblokować, czyli do nich dojść. A to trwa. Czasem bardzo długo. Nie mamy też żadnej siedziby, także ciągle tkwimy na ulicy, a jedyna opcja zmiany ekwipunku agentów to dotarcie do nadajnika.

Recenzja: Satellite Reign

Tu funkcjonariusz Głuś! Grupa szaleńców urządziła strzelaninę w centrum miasta! Cokolwiek by się działo, NIE przysyłajcie posiłków!

Wydawałoby się też, że w świecie tak kontrolowanym istnieją jakieś grupy stawiające opór. Goście przeprowadzający partyzanckie akcje, organizujący protesty, czy choćby malujący po ścianach. Gdzie tam, wszyscy są grzeczni, a jedyni antysystemowcy to ci sterowani przez gracza. Zachowanie samych funkcjonariuszy też nie potęguje wrażenia rządów silnej ręki. W ciągu kilku godzin tylko raz zdarzyło mi się ujrzeć scenę, w której funkcjonariusz otworzył do kogoś ogień. Gdzie przeszukania? Gdzie masowe aresztowania, czy choćby kontrole dokumentów?


AAAARRRRGGGGHHHHHH!

Wszystko powyżej to jednak nic. Mogę sobie pomarudzić, że nie ma pociągów, ale na koniec dnia nie psuje to wrażeń z gry. Tę robotę świetnie wykonuje wszystko inne. Dowodzimy czterema agentami, z czego każdy reprezentuje inną klasę postaci. No i co, skoro wszystkimi gra się tak samo, a przydatny jest tylko haker? Oczywiście pod warunkiem, że będziemy mieli na tyle cierpliwości, by podnieść mu poziomy poszczególnych umiejętności i uciułać kasę na lepszy sprzęt. Właśnie, kolejny zarzut. Punkty doświadczenia i pieniądze zdobywa się tak wolno, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie gram w jakieś koreańskie MMO. Wisienką na torcie niech będzie fakt, że kierowani przez nas ludzie to debile. Przeciwnik może dosłownie stać im na głowach i pruć z karabinu, a ci nie pomyślą, że może warto oddać.

Recenzja: Satellite Reign

Przy projektowaniu postaci twórcy czytali chyba poradnik „Zostań garwolińskim tunerem w weekend”, bo do neonów brakuje tylko przerośniętych spoilerów

Wrogom poświęcę osobny akapit, bo sztuczna inteligencja to temat co najmniej na magisterkę o tym, jak się za to nie zabierać. XXI wiek, latamy w kosmos, ale napisanie prostego algorytmu wychodzenia z windy jest już ponad możliwości gatunku ludzkiego. Serio, koleś się zapętlił i kręcił w kółko co chwila wchodząc i wychodząc z niej. Walka? Pasjonująca co najmniej w stopniu takim, jak maraton w rośnięciu trawy. Dobiec do osłony i na przemian zza niej wyskakiwać z przerwami na przeładowanie. Obejść? Okrążyć? Zajść z flanki? A po co? Zacytowałbym Kapitana Bombę, ale młodzież czyta.


Ktoś tu się chyba pogubił

Niespójny świat jest jednym z większych problemów tej gry. Z jednej strony pełna kontrola i inwigilacja, z drugiej – brak jakiejkolwiek reakcji na działania gracza. Takie coś mogło przejść w roku 1993, ale nie dziś. Dorzućmy do tego słabo zaprojektowane i mało różnorodne misje, nudną walkę, szwankującą SI oraz mozolny grind i wyłania nam się obraz produkcji przeciętnej, ze zmarnowanym potencjałem.

Właśnie ten zmarnowany potencjał jest moim największym zarzutem wobec Satellite Reign i studia 5 Lives. W gruncie rzeczy gra nie jest zła, tylko wykonanie kuleje, a grając musiałem trzy razy sprawdzać, czy tytuł faktycznie wyszedł z Wczesnego Dostępu, bo niestety takiego wrażenia nie sprawia.

Recenzja: Satellite Reign

Kolejna ciekawostka. Można stanąć przed samochodem i do niego strzelać, a kierowca nie pomyśli, żeby uciec albo rozjechać napastników

Bardzo chciałem zacząć tę recenzję od słów: „Satellite Reign nie jest duchowym spadkobiercą serii. To pełnoprawny Syndicate 3”. Nie zacząłem, bo skrzywdziłbym w ten sposób te świetne gry. Nie chcę też wyżywać się na twórcach, bo sam pomysł jest świetny, a gra ma solidne podstawy. Udało się też dobrze oddać klimat cyberpunka, a to przecież kwestia równie ważna, co fabuła czy mechanika. Na koniec dnia zabrakło jednak „tego czegoś” co spowodowałoby, że mógłbym Satellite Reign polecić z czystym sumieniem. Mam nadzieję, że 5 Lives Studios dopracuje swój produkt i po kilku aktualizacjach będę mógł dodać wspomniane wyżej słowa do tego tekstu.

5.0 Lepiej poczekać
  • GRAFIKA 7
  • AUDIO 6
  • GRYWALNOŚĆ 4
  • CENA/JAKOŚĆ 5
  • OGÓLNE WRAŻENIA 3
  • Ocena użytkowników (1 głosów) 9
Podziel się.

O autorze

Niektórzy mówią, że tata zamiast czytać książki, na dobranoc grał z nim w pierwsze Prince of Persia. To nieprawda – robił obie te rzeczy, stąd zamiłowanie zarówno do czytania jak i gier komputerowych. Szczecinianin z urodzenia, Warszawiak z wyboru, żeglarz z miłości, a palacz – bo tak. Laureat prestiżowego konkursu „Zbierz 24 punkty i zamień prawo jazdy na bilet miesięczny”. Na portalu odpowiada między innymi za uspokajanie naczelnego. „Spokojnie, Andrzejku. Wyklepie się”, zwykł mawiać.