Filmowe uniwersum Marvela ma to do siebie, że każdy widz odnajdzie w nim coś ciekawego. Wszystkie obrazy wytwórni łączy jednak wspólny mianownik, którym jest komediowa konwencja. Nawet nieco mroczniejsza i bardziej poważna w założeniach „Wojna Bohaterów” nie była pozbawiona żartów i gagów. Nie do wszystkich takie podejście przemawia, nie da się jednak ukryć, że lekkość przekazu sprawia, iż wytwórnia pozostawia w tyle konkurencję, tworząc przy tym po raz pierwszy tak wielki i spójny świat na wielkim ekranie.

Marvel najwyraźniej odnalazł właściwy przepis, gotując widzom co rusz nowe dania, które są jednocześnie zjadliwe dla osób niezaznajomionych z komiksowymi pierwowzorami, jak i dla zauroczonych od lat w uniwersum fanów. Choć po drugiej części przygód „Strażników Galaktyki” wiele osób kręciło nosem na przesadne pójście w komedię, film odniósł olbrzymi sukces. Nie dziwi zatem decyzja wytwórni o dalszym podążaniu tą właśnie ścieżką.

Wiele od siebie nie dodam, bo w stu procentach zgadzam się z Pawłem. No, w dziewięćdziesięciu, zawsze lepiej jest zatrzymać trochę na „wszelki”. Nie jestem fanką superbohaterów, nigdy nie lubiłam poważnych filmów ekranizujących przygody komiksowych postaci, bo na ile poważny może być jakiś koleś w pelerynie? Spłycam, oczywiście, ale nie przemawia do mnie sama konwencja.

Thor: Ragnarok z kolei ma w sobie coś magicznego – nie udaje, że jest poważną historią i sypie gagami na prawo i lewo, a jednak zachowuje w sobie jakieś przesłanie i daje do myślenia. Must watch na pewno. Ale czy sięgnęłabym po niego drugi raz?

~Ola


Bóg, nie Pan Piorunów!

Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja

Jeśli po zapowiedziach spodziewaliście się więcej „Planety Hulka” niż Thora, to muszę Was rozczarować. To nadal film o Panu… znaczy, Bogu Piorunów. Prawda jest jednak taka, że początek Ragnaroka mocno się przeciąga i jest najsłabszą częścią widowiska. Gdyby nie gościnny występ Doctora Strange’a czy przepychanka z Lokim, można by wręcz powiedzieć, że pierwsze minuty są po prostu nudne. Chris Hemsworth zresztą poza szerokim uśmiechem i wręcz uroczą gapowatością przez większą część filmu nic więcej sobą nie reprezentuje. Jasne, nie da mu się odmówić czaru i nie jesteśmy w stanie nie czuć do Thora sympatii, ale to pozostali bohaterowie kradną show.

Oczywiście mowa głównie o dwóch kreacjach: Marka Ruffalo w roli Hulka i Tessy Thompson jako Walkirii. Dlaczego ta dwójka? Bo Loki był już zajęty. A tak na poważnie, to oczywiście Tom robi niesamowitą robotę i każde ujęcie z bogiem oszustwa jest rzecz jasna zagrane świetnie, ale chyba nikt z nas nawet nie myślał, że po tylu występach będzie inaczej. Natomiast wspomniana „para” jest nie lada zaskoczeniem. Już w „Czasie Ultrona” Banner zaczął być nieco lepiej prowadzony, ale dopiero w Ragnaroku naprawdę widać, jak bardzo złożonym jest bohaterem. Fakt ten cieszy mnie tym mocniej, że jestem fanem bardziej inteligentnego zielonego olbrzyma i muszę przyznać, że bałem się, jak zostanie owa przemiana zaprezentowana w filmie. Pewnie, że wszyscy mogliśmy mieć nadzieję na prawdziwą „Planetę Hulka”, ale wątek znany ze stron komiksów naprawdę został zręcznie połączony z historią o Thorze. Choć czasem miałem wrażenie, że zabieg powstał tylko po to, byśmy obejrzeli „sałatę” w nadchodzącej wielkimi krokami „Wojnie Nieskończoności”, gdzie jego nieposkromiona siła w konfrontacji z Thanosem będzie nieoceniona.

Na mnie Walkiria aż takiego wrażenia nie zrobiła, choć tkwi w niej olbrzymi potencjał. Jasne, cieszę się z tego, jak świetnie prowadzone są relacje między postaciami (nareszcie dobry romans!), ale wciąż mam wrażenie, że to taka Kolejna Wyjątkowa Nie Do Końca Rozpisana, niczym Garona z Warcraft: Początek. Najbardziej zachwycił mnie Tom Hiddleston w roli Lokiego. Jeżeli ktoś kazałby mi wyobrazić sobie nordyckiego boga oszustwa, widziałabym go dokładnie tak. Czysta perfekcja i mam nadzieję, że kolejna część skupi się właśnie wokół niego.

~Ola

Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja

Ucieszył mnie również fakt, że nie próbowano na siłę wpleść w fabułę romansu Thora z Walkirią. Chemia pomiędzy postaciami jest jak najbardziej widoczna, ale ich relacja, przynajmniej obecnie, była bardziej służbowa. Prawdopodobnie rozkwitnie w kolejnych filmach. Walkiria już teraz jest świetnie nakreśloną bohaterką, którą, mam nadzieję, będzie nam dane częściej podziwiać na ekranie. Zmiana w stosunku do komiksowego pierwowzoru do mnie przemawia i wizja nieco traumatycznej ostatniej legendarnej wojowniczki swojej kasty kupiła mnie z miejsca.

Niestety, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że niektóre postacie zostały wplecione w film wyłącznie po to, by rzucać na lewo i prawo żartami. Nie mam nic przeciwko śmianiu się do rozpuku, ale wychodzę z założenia, że z niczym nie należy przesadzać. O ile na początku Korg i Miek bawią, o tyle później stanowią nieudolną kalkę Racoona i Groota. Bo przecież w widowisku trzeba mieć zabawnych kosmitów. Tyle dobrego, że pojawiają się oni stosunkowo nieczęsto. Zresztą, Marvel często cierpi na słabo napisane postaci drugoplanowe i kiepskich nemezis. Hela wygląda cudownie i Cate dodaje jej nieopisanej dostojności, ale poza majestatycznymi wejściami i widowiskowymi bataliami to po prostu kolejny przeciwnik, którego możemy sobie odhaczyć na liście. Blado wypada również rola Karla Urbana, który w zasadzie poza powiedzeniem może z trzech zdań przez cały film robi tylko jeden grymas twarzy. Spójrzmy prawdzie w oczy, postacie takie jak Skurge czy Heimdall są wyłącznie tłem dla relacji głównej ekipy i szkoda, że w tych rolach marnują się naprawdę dobrzy aktorzy.

Ej, a w kinie się śmiałeś! Ale to prawda, niestety, nawet sam Thor wydawał się mi kopią typowych, krystalicznych bohaterów. Początkowo wręcz był bezbarwny, jakby ktoś losowo zmieszał kilka postaci i postanowił dodać młotek. Całe szczęście im dalej, tym lepiej.

~Ola


Wyprawa przez Odbyt Szatana

Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja

Jak wspominałem, film ma dość słaby początek. Efektowny, ale słaby. Wprowadzające sceny w Asgardzie można było spokojnie pominąć, gdyby nie wyniosłe (a jakże) przesłanie Odyna, które przewija się aż do końca widowiska. Całość nabiera tempa i kolorytu – czasem dosłownie – po rozbiciu się Thora na planecie Sakaar. W moim odczuciu sama wizja tego miejsca została perfekcyjnie zaprezentowana na ekranie i połączenie surowego klimatu ze stylistyką retro sprawdziło się perfekcyjnie. Na tyle dobrze, że w Sakaar jesteśmy w stanie po prostu uwierzyć. Doskonale również wpasowuje się w konwencję kosmosu znanego nam już dobrze ze ”Strażników Galaktyki”. Przez cały czas czujemy, że to z pozoru obce miejsce ma swoje podwaliny w filmowym uniwersum Marvela i aż szkoda, że prawdopodobnie już do niego nie wrócimy. Zresztą, nie miałoby to najmniejszego sensu. No, chyba że twórcy przewidują w przyszłości występ syna Hulka – Skaara, ale myślę, że do tego, o ile w ogóle nastąpi, bardzo daleka droga.

Tymczasem cieszmy się z tego, co dostaliśmy, bo po prawdzie jest naprawdę z czego. Zerwanie ze starą konwencją wyszło Thorowi na dobre i jest to najlepsza część sagi o Bogu Piorunów. Humor z małymi wyjątkami nie jest nachalny, a przy okazji otrzymujemy doskonałe widowisko z rewelacyjnymi efektami specjalnymi. Bo tym właśnie jest Ragnarok. Tylko tyle albo AŻ tyle.

Nie mogłam wyjść z podziwu nad Sakaarem! Ogromnie cieszy fakt, że Marvel postanowił stworzyć spójne filmowe uniwersum, w którym wszystko ma swoje miejsce i sens, mimo że trochę już tego nakręcił. Dzięki temu chce się oglądać dalej, a nawet przypominać sobie wszystko od początku.

Thor: Ragnarok cierpi właściwie na to samo, co inne filmy superbohaterskie – słabo wykreowane postacie poboczne, niezbyt innowacyjną historię – a jednak oglądałam go z DZIKĄ rozkoszą. Dwie godziny minęły jak pięć minut, a po wyjściu z kina temat rozmów był tylko jeden. Tę część po prostu trzeba obejrzeć, nawet jeśli poprzednie nie przypadły Wam do gustu.

~Ola

Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja Pan Piorunów w stylu retro. Thor: Ragnarok - recenzja

Nie wszystkie filmy superbohaterskie powinny być lekkie i przyjemne – to prawda. Ale Thor, pomimo że pojechał, mówiąc kolokwialnie – po bandzie, zachował swój własny klimat, a przy okazji stał się doskonałym pomostem do znacznie większych wydarzeń, których będziemy świadkami już w 2018 roku. Mam też wrażenie, że twórcy po prostu bawią się konwencją i zdają sobie sprawę, że mogą na coraz więcej sobie pozwolić. Dzięki czemu przeniesienie znanych, czasem absurdalnych komiksowych patentów na ekran przychodzi im z coraz większą łatwością.

Film obejrzany dzięki uprzejmości kina Helios Tczew – REPERTUAR

7.8 Świetny

PLUSY:
+ Planeta Sakaar
+ Chemia pomiędzy postaciami
+ Humor
+ Dobre efekty specjalne
+ Rewelacyjna muzyka

MINUSY:
- Niektóre postacie dodane na siłę
- Jak zwykle słabo nakreślony nemezis
- Początek nieco przynudza

  • Efekty specjalne 8
  • Muzyka 9
  • Fabuła 7
  • Postacie 8
  • Ogólne wrażenia 7
  • Ocena użytkowników (1 głosów) 10
Podziel się.

O autorze

Paweł Matyjewicz

Dumny tata, pasjonat życia i gier wszelakich. Miłośnik fantastyki. Nazywany geekiem, choć sam uważa, że do tego miana bardzo mu daleko. Wielbiciel przemyślanych światów, również tych papierowych.