Recenzja z natury jest tekstem subiektywnym. Ta dodatkowo będzie bardzo osobista. „Wojny konsolowe” zawładnęły mną na długo i nie mam wątpliwości, że jest to jedna z najlepszych książek w moim życiu.

Jak ciekawa może być powieść non-fiction opowiadająca o losach starych konsol, nie tylko gruba na prawie 600 stron, ale także napisana bardzo małym druczkiem? Tak bardzo, że dzień w dzień czytałam po 100 stron, poświęcając jej 2-3 godziny. Tak bardzo, że po przeczytaniu tej setki (a czasami nawet w trakcie) dzwoniłam do mojego mężczyzny i opowiadałam, co też Nintendo zrobiło złego, a jaką świnię podłożył japoński oddział Segi amerykańskiemu, a jak cudownie w książce przeplatają się wątki z Electronic Arts czy Crystal Dynamics. A on słuchał mnie jak zaczarowany, mimo że nie opowiedziałam tego nawet w połowie tak dobrze, jak zrobiły to „Wojny konsolowe” i ich tłumacz, pan Bartosz Czartoryski.

Batalia, która zdefiniowała mój światopogląd. Recenzja książki „Wojny konsolowe”

Jak to wszystko się zaczęło?


„Wojny konsolowe”, czyli biblia dla graczy

Jeśli pobiegniecie do sklepów 13 września, na półkach zobaczycie grubą księgę o niebieskiej, twardej okładce, na której dostrzeżecie Segę Genesis i SNES-a. Jeśli podejdziecie i weźmiecie ją do ręki, będziecie w szoku, jak porządnie została wydana. Jeśli ją kupicie i przeczytacie, okaże się, że jej wartość merytoryczna dziesięciokrotnie przewyższa jakość wydania.

Ja byłam w szoku. Nazwanie „Wojen konsolowych” biblią dla graczy jest jak najbardziej trafne – niewiarygodne, jak wielu rzeczy można się z niej dowiedzieć i jak bardzo może ona wpłynąć na odbiór rzeczywistości. Zresztą, cytując tekst na odwrocie książki: „ W 1990 roku rynek gier wideo należał do Nintendo. Sega była słabnącą firmą z wielkimi aspiracjami. Wtedy na scenę wkroczył Tom Kalinske – człowiek, który o grach nie wiedział nic, ale miał rzadki talent do wygrywania batalii skazanych na porażkę. Oto Dawid postanowił zmierzyć się z Goliatem, a świat zapłonął.”

Batalia, która zdefiniowała mój światopogląd. Recenzja książki „Wojny konsolowe”

Od lewej: Al Nilsen, Shinobu Toyoda i Tom Kalinske. Wszyscy tak sympatyczni, na jakich wyglądają

Nakayama uderzył pięścią w stół, uciszając towarzyszy. Zerwał się z krzesła, pokręcił energicznie głową i utkwił swoje spojrzenie w Kalinskem. Otworzył usta, żeby ostatecznie rozsądzić sprawę, a na jego twarzy majaczył przebiegły uśmieszek.
– Tom, nikt nie zgadza się z tym, co mówisz. Ba, wszyscy myślą, że zwariowałeś – powiedział i wziął głęboki oddech. – Ale dlatego cię zatrudniłem. Masz zielone światło.

To przede wszystkim książka, którą czyta się jak dobrą powieść przygodową – a zaznaczyć trzeba, że jej autor, Blake J. Harris, napisał ją po przeprowadzeniu ponad dwustu wywiadów z personami, które pojawiły się w tej historii. Czytając, chciałam cofnąć się o trzydzieści lat i pracować dla Segi. Chciałam tworzyć Segę. Teraz chcę napisać list do Toma Kalinskego i podziękować mu za wszystko, co zrobił, bo wpłynął też na moją osobę. Udowodnił mi, że jeśli się zaprę, mogę dokonać rzeczy niemożliwych, tak jak on, pokorny, szczery i rodzinny człowiek, zainspirował upadającą firmę liczącą sobie 50 pracowników do stworzenia imperium, wartego 60 miliardów dolarów. Mogę, tak jak on, tworzyć kulturę.


Dziś możemy tworzyć gry z pasji. Wtedy chodziło tylko o pieniądze

Batalia, która zdefiniowała mój światopogląd. Recenzja książki „Wojny konsolowe”

Dzięki tej książce poznacie genezę mnóstwa wspaniałych klasyków

To przede wszystkim książka brutalna i bezlitosna. Udowadniająca, że nie da się lubić i Sonica, i Mario jednocześnie, że w latach 80. i 90. gry tworzyło się wyłącznie dla czystego zysku. Podczas czytania będziecie musieli wybrać jedną ze stron, której będziecie kibicować, a nie będzie to wcale proste. Czy to Tom Kalinske z Segi, czy Olaf Olafsson z Sony, czy Peter Main z Nintendo – każdy z nich przekonuje i chce zagarnąć dla siebie wielki kawałek tortu, jakim jest branża gier wideo.

To przede wszystkim książka, którą powinien przeczytać każdy, kto tę branżę kocha. Mimo że skupia się na walce Segi z Nintendo, nie brakuje w niej wątków pobocznych opisujących losy Atari czy Commodore 64. Poza tym będziecie świadkami narodzin E3, Ecco the Dolphin, Sonica i Tailsa, Donkey Konga, dowiecie się, która gra na świecie była pierwszą z ustaloną z góry premierą, dlaczego powstało pierwsze PlayStation, co może być błędem pogrążającym dobrze prosperującą firmę, kto wprowadził pierwsze kategorie wiekowe i tak dalej. Zobaczycie, że gdyby nie tamta zaciekła batalia, rynek gier dziś nie wyglądałby tak, jakim go znamy.

W tym miejscu należy pochwalić również wspaniałą narrację – zazwyczaj kilkustronowe opisy jednej rzeczy nudzą. Nie w „Wojnach konsolowych”. W książce przez dwie strony potrafi ciągnąć się opis gry i już wiemy, już domyślamy się, jaki jest jej tytuł, ale nic nie przebije uczucia satysfakcji, gdy wreszcie ów tytuł pada. Nie zdradzę go, sami się przekonacie. Tu ponownie pokłony dla pana Bartosza – tłumaczenie zasługuje na medal. Słownictwo branżowe i stylistyka ani razu nie wywołują zamieszania czy niezrozumienia. Niestety „Wojnom” przydałaby się lepsza korekta – szczególnie bolą powtórzenia i masa zaimków. Dla przykładu: „Yamauchi ufał, że jeśli uda mu się pominąć pośrednika i osadzić w Ameryce zaufaną osobę, Nintendo rozwinie się TAM organicznie, a kraj TEN oferował nie lada możliwości. Rynek TEN był niełatwy, ryzykowny i wymagający, dlatego tylko jeden człowiek wydawał mu się odpowiednio przygotowany, aby TEMU zadaniu podołać.” Poza tym rażą błędy językowe (tłumaczenie „exactly” na „dokładnie”!!!), ale to moje zboczenie zawodowe – bardzo zwracam uwagę na takie rzeczy.

„Wojny konsolowe” powiedzą Wam, jak powstawała ta reklama i jaki zachwyt wywołała


Gdzie dwie konsole się biją…

Wreszcie to przede wszystkim jedyna w moim życiu powieść, na której zakończeniu się popłakałam. Nie należę do wściekłych moli książkowych, ale 10-15 pozycji rocznie staram się przerobić. Bywają momenty, gdy mam zaszklone oczy, bywają sceny, które wyjątkowo wypalają się w mojej pamięci. Ale na żadnej nigdy nie płakałam jak bóbr i żadnej nie przeżywałam tak, jak „Wojen konsolowych”. Może właśnie dlatego, że ta historia wydarzyła się naprawdę.

Batalia, która zdefiniowała mój światopogląd. Recenzja książki „Wojny konsolowe”

Gdyby nie ta wojna, branża gier nigdy by nie zaistniała

– Co to? – zapytała gejsza (na widok Game Geara), wreszcie nalewając Kalinskemu sake.
Nakayama zauważył szeroki uśmiech na twarzy Toma, kiedy ten zastanawiał się nad odpowiedzią, i domyślił się, że nie ma on nic wspólnego z sake. Taki grymas zapamiętuje się na całe życie. Taka mina jest albo początkiem, albo końcem opowieści.
– Nie widzisz? – odparł dziewczynie Kalinske, jakby to było oczywiste. – Przyszłość.

Cóż więcej mogę napisać? To naprawdę solidna książka. Zabawna, wzruszająca, zadziwiająca. Powinni po nią sięgnąć zarówno starsi, jak i młodsi gracze, ciekawi tajemnic, o jakich prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszeli.

A ja chciałabym po prostu podziękować wydawnictwu SQN, że zdecydowali się ją wydać i zrobili to tak dobrze. Życzę sukcesu i mam nadzieję, że w przyszłości na polskim rynku znajdzie się więcej takich pozycji. Tymczasem chyba przeczytam ją jeszcze raz.

Podziel się.

O autorze

Aleksandra Olszar

Choć do idealisty mi daleko, niczym prawdziwy romantyk wierzę, że mam w tym świecie do spełnienia jakąś ważną rolę. Jestem fanatyczną miłośniczką trylogii Mass Effect (serio, bardziej nawiedzonego maniaka nie znajdziecie) i wyznaję zasadę, że gracz ma tyle żyć, w ile gier zagrał. Wszystkie moje pasje miały początek już we wczesnym dzieciństwie, a ja jako duże dziecko do dziś rozwijam się w ich kierunku.