Tower of Time przypomina mi wiele klasycznych tytułów, jak choćby Diablo, Path of Exile czy Dungeon Siege. Gdybym miał jednak przyrównać tę grę do jednej wyłącznie produkcji, byłby to stary, dobry Neverwinter Nights.

Tower of Time to debiutancka produkcja polskiego studia Event Horizon, które chce nam zaoferować klasycznego RPG-a. Jak w wyżej wymienionych tytułach, gra zaserwuje nam widok izometryczny, ciekawą fabułę i przede wszystkim elementy strategiczne. Summa summarum dostaniemy coś, co fani cRPG lubią najbardziej. Gra nie ma jeszcze oficjalnej daty premiery, jednakże od 14 lipca jest dostępna w formie Steam Early Access. Wstępne założenie twórców to około trzydzieści godzin zabawy dla gracza, tak więc jak najbardziej optymalny czas rozgrywki.

Tower of Time - takie trochę Neverwinter Nights


Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Trafiamy do świata, z którym jest… po prostu źle. Warto wspomnieć, że do świata fantasy. Różnego rodzaju kataklizmy doprowadziły do tego, że ludzie i inne rasy muszą nieustannie walczyć o przetrwanie i swój dobytek. Częste choroby, głód i śmierć są na porządku dziennym. A rozpoczęło się to tak dawno, że nikt już nie pamięta, kiedy dokładnie. Nic dziwnego, że dorośli w takim świecie nie mieliby łatwo, a co dopiero dzieci. Jednakże…

Zaczynamy naszą podróż będąc właśnie dzieckiem. Nie znamy do końca przeszłości naszego małego bohatera, więc ciężko stwierdzić, jak bardzo miał przegwizdane, jednak obecna sytuacja jest dla niego nad wyraz łaskawa. Przynajmniej w kwestii zagrożenia życia. Pewnego dnia, tuż po trzęsieniu ziemi, niedaleko naszej rodzinnej wioski wyłania się tajemnicza wieża. Znajdujemy tam przepiękny, kryształowy tron. Co więcej, gdy podchodzimy do niego bliżej, odzywa się do nas mityczny głos. Głos sam wydaje się być zdziwiony obecnością właśnie dziecka. Dowiadujemy się od niego tylko tyle, że więcej zrozumiemy wracając tutaj, gdy zmężniejemy i nabierzemy umiejętności godnych dorosłego mężczyzny. Tak też po dwudziestu pięciu latach, już jako dorosły mężczyzna, wracamy do wieży wierząc, że w jej wnętrzu znajdziemy coś, co zatrzyma apokalipsę.


Miód dla oczu i uszu

Wcale tutaj nie przesadzam. Specjalnie też najpierw wspomniałem o oczach, a dopiero później o uszach, gdyż zanim jeszcze odpaliłem Tower of Time, widziałem z niej zaledwie kilka screenów. Już wtedy oprawa graficzna wpadła mi w oko i skojarzyła się z Diablo czy Path of Exile. Po włączeniu okazało się, że grafika jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach, w cudownym klimacie takiego mroczno-bajkowego fantasy. Kolorowo i mrocznie gdzie trzeba. Nawet taka drobnostka jak światło pochodni wygląda ślicznie, wszelkie cienie – wszystko jest pięknie zgrane. Całość na pewno zobaczycie na uwieńczonych screenach 🙂 No i grzechem byłoby nie wspomnieć o grafikach podczas przechodzenia między lokacjami – są naprawdę mistrzowsko wykonane!

Jeśli chodzi o sprawę uszu, to powiem tylko tyle: można odpalić grę, wyłączyć ekran, położyć się na leżaku z piwkiem w ręku i słuchać. Serio.


Im dalej, tym walczy się lepiej

W grze poruszamy się drużyną składającą się maksymalnie z czterech postaci spośród siedmiu dostępnych. Oczywiście, nie od razu mamy do wszystkich dostęp. Jeśli chodzi o walkę, to twórcy uraczyli nas nią w czasie rzeczywistym z możliwością spowolnienia czasu. Daje to długą chwilę na zaplanowanie naszych działań, odpowiedni dobór umiejętności czy też sam wgląd na miejsce, w którym walczymy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że tego czasu jest aż nadto, gdyż spowolnienie jest na tyle duże, że nie mamy w tamtym momencie presji tego, że musimy szybko podjąć decyzję. Mimo wszystko dobrze to funkcjonuje, a to najważniejsze.

Nie mogę nie wspomnieć jednak o tym, że na samym początku walka wydawała się mi… nudna i monotonna. Głównie przez małą różnorodność postaci, którymi mogłem walczyć. Wszystko rozkręciło się, gdy do mojej paczki dołączyła trzecia postać, a co za tym idzie na polu bitew pojawiało się coraz więcej wrogów, zdolności, taktyk i kombinacji, dzięki czemu walki stały się ciekawsze i bardziej dynamiczne.

Tower of Time - takie trochę Neverwinter Nights

Dużym plusem jest także spora różnorodność przeciwników i tego, czym możemy oberwać. Trafić możemy na standardowych wojowników, strzelców czy też i magów. Nie jest jednak powiedziane, że ten typowy wojownik nie zrobi nam kuku na odległość. Mowa tutaj na przykład o Cyklopie, który mimo że dąży z nami do walki w zwarciu, to potrafi posłać sporej wielkości kamyczek prosto w zęby. Magowie także mają spory wachlarz umiejętności, od czarów podtrzymywanych, takich jak wyssanie życia, po ataki obszarowe, pojedyncze i różnego rodzaju przywołania. Tak że spokojnie, nudzić się nie będziemy.

Ważnym aspektem staje się także wykorzystanie terenu. Czasem dobrze jest schować się za murem czy skałą, aby osłonić się przed ostrzałem przeciwnika i zmusić go do podejścia bliżej. Event Horizon postarał się o taktyczne użycie warunków, w jakich przyjdzie nam walczyć. A to czasem może być bardziej korzystne niż najlepszy ekwipunek. Warto też wspomnieć, że nasi przeciwnicy na polu bitwy mają kilka miejsc, w których mogą się pojawić, a pojawiają się w nich całkowicie losowo.


Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój

Rozwój naszych postaci jest ciekawym połączeniem klasyki wraz z nowościami. Mamy cztery podstawowe atrybuty, jakimi są: Might, Speed, Mastery oraz Life, jednakże ciekawostką jest, że są one połączone ze sobą tak, aby każdy z nich wpływał na dwie statystyki danej postaci. Do tego umiejętności bohaterów, które często możemy rozwijać na dwa sposoby, jak choćby Żywiołak druida, który może pełnić funkcję typowego tanka lub DPS-a. Podobnie ma się sprawa ze standardowymi „umiejkami” gdzie na przykład Pierwszą Pomoc wojownika możemy ulepszyć tak, aby lepiej leczyła nas samych bądź miała też wpływ na naszych sojuszników. Wszystko zależy od tego, jak je rozwiniemy.

Do gry wdrążony został także rozwój posiadłości, gdzie stopniowo możemy rozbudowywać zbrojownię, wieżę magów czy chociażby trenować bohaterów. Co ciekawe, właśnie z nowości, w rozgrywce pojawiają się magiczne zwoje, które możemy znaleźć przemierzając piętra wieży. Byłoby to w zasadzie banalne, gdyby nie fakt, że na każdym z takich zwojów jest krótka notka, a my musimy zadecydować, któremu bohaterowi przyjdzie odczytanie zwoju. Rezultatem może być jakiś pozytywny efekt, zwiększający tej postaci statystyki, bądź wręcz odwrotnie, osłabiający ją. Tutaj duży plusik za kreatywność dla twórców.

Tower of Time - takie trochę Neverwinter Nights


Tower of Time – jest potencjał

Potencjał jest, tym bardziej, że widać zaangażowanie ekipy Event Horizon. Po spędzeniu w grze niespełna sześciu godzin natrafiłem jedynie na jeden błąd, który nie zabolał jakoś szczególnie. Po prostu nie wyświetliły się kwestie dialogowe przy spotkaniu pewnych zielonych jegomościów – wystarczył szybki load game i wszystko później śmigało jak trzeba.

Tower of Time - takie trochę Neverwinter Nights

Krótko więc podsumowując, Tower of Time zapowiada się na produkcję naprawdę wciągającą zarówno pod względem fabularnym, jak i całokształtem, który sobą reprezentuje. Miłe dla ucha dźwięki, piękna oprawa graficzna, przejrzysty interfejs i ambitny rozwój naszych bohaterów mogą postawić tę produkcję naprawdę wysoko wśród swoich odpowiedników.

Podziel się.

O autorze

Kamil „Sieciech” Lesiczko

Nietrafiony grafik, malarz figurkowy, hobbysta-rekonstruktor. Zwolennik broni białej, zapalony gracz komputerowy. Miłośnik krogan i Legionu Ciemności Algerotha. Wyznawca dobrej książki, strategii lub RPG-a. Wściekły pochłaniacz kawy, herbaty i bredni. Sympatyk gier z szafy i nabijania czasu na przechodniach w Carmageddonie.